Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty

24 marca 2009

Zapchane rury i przeznaczenie

Mieszkamy na wojskowym osiedlu, od 7 juz lat, to czwarte mieszkanie, jakie wynajmujemy w Szanghaju, i jedno z najgorszych. Nie ma moze zbyt wielu lat, pewnie z 20, ale powoli sypie sie.

Kilka dni temu Duza M wyrwala mnie z najlepszego snu wolajac o 7 rano: "Nie ma wody!". Nie powiem, zeby taka pobudka nastrajala mnie pozytywnie do swiata, ale staralem sie jak moglem zachowac wlasciwy dystans do sprawy. Sprawdzilem, rzeczywiscie, z kranow nie plynela ani kropla wody, nawet zimnej. Duza M byla potwornie zla, bo chciala sie kapac, a tu nawet zebow nie mozna umyc. Na szczescie (a moze nieszczescie) woda kranowa w Szanghaju jest tragiczna (pochodzi z Huangpu 黄浦江, rzeki-matki miasta), i wszyscy kupuja wode pitna w buklakach. My rowniez, wiec Duza M podgrzala wode w czajniku, wlala do miski i na chinski sposob umyla sie z pomoca reczniczka. Pamietam dawno temu chinski film o kungfu, w ktorym zapocony mistrz po wyczerpujacym treningu tez tak sie wykapal - reczniczek do miski, moczy sie go i wyciera nim cialo. Bylem wowczas dosc zdziwiony, bo obok plynela krystalicznie czysta wydawaloby sie rzeka, no ale co kraj to obyczaj, kto to wie, jak mycie w Chinach wyglada. Przypuszczam, ze nie bylo na filmie widac plynacych rzeka smieci i odchodow ludzkich - w starym budownictwie w delcie Yangzi zalatwia sie potrzeby do drewnianego wiadra 马桶, ktore rano oproznialo sie albo do rzeki, albo pobliskiego kanalku. W Chinach poludniowych jest wiele miasteczek polozonych na kanalach, ze slawnym Suzhou 苏州 na czele, i kiedys tonely one w chmurze smrodu z kanalow (obecnie wylewanie nieczystosci jest zabronione). Co ciekawe, sam widzialem scenki, ze w jednym miejscu ktos wylewal nieczystosci, a obok sasiad myl warzywa do gotowania. No ale to nie jedyna egzotyka w chinskiej kuchni...

Podczas gdy Duza M myla sie, ja podnosilem alarm. Najpierw telefon do dziadkow przy wejsciu. Niby pilnuja, zeby nikt tu nie wszedl, strzeza przed zlodziejami, sprzataja klatke schodowa, ale tak naprawde, to wciaz rzna w karty. Pare miesiecy temu sasiad pod nami robil remont i do dzis pyl zalega na klatce i schodach. Nie mowiac o tym, ze po powrocie z wakaci w Polsce ktos wlazl do naszego mieszkania - na szczescie nic nie zginelo. Podobno szefowa managementu zatrudnia Starego Liu, bo jest krewnym jednego z wojskowych. Nie wiem jednak, dlaczego zatrudnia Starego Jianga, bo ten zdaje sie zadnych plecow nie ma - przynajmniej ja o nich nie wiem. Potem zadzwonilem do Szefowe Ni. Oczywiscie od razu z grubej rury, bo niestety wieloletnia praktyka zalatwiania spraw z nia pokazala, ze ta taktyka jest najskuteczniejsza. Obecne mieszkanie mialo nam sluzyc zastepczo przez 1-2 miesiace, dopoki wlasciciel tego, w ktorym poprzednio mieszkalismy nie zrobi tam remontu. Lotr jednak po remoncie sprzedal je, i zostalismy w obecnym. Byla sroga zima, my z dzieckiem 2 letnim, klimatyzatory niedzialaly ze starosci. Poprzednia firma zarzadzajaca cos tam planowala zrobic, a tu nagle pojawila sie Ni i wziela budynek w ajencje. Ni przyszla, sprzwdzila klime i stwierdzila, ze... dziala normalnie! W mieszkaniu bylo moze z 5 stopni, z klimy wial zimny wiatr, a ona wciskala nam ciemnote. Zaczalem wowczas ostra walke z nia, by w koncu wynegocjowac nowy klimatyzator, ale kosztowalo mnie do sporo siwych wlosow.

Pozniej takich sytuacji bylo jeszcze wiele, i jak obecnie zabraklo wody, zgodnie z wypracowana taktyka skontaktowalem sie z Ni. Obiecala - jak to ona - ze natychmiast sie tym zajmie. I rzeczywiscie, po chwili przyszedl Mlody Wang. Mlodego Wanga widzialem zawsze, jak na motorowerze rozwozi poczte kurierska, pracuje dla jakiejs firmy w klatce obok. Jak przyszedl, to dowiedzialem sie nagle, ze jest hydraulikiem... Typowe zagrane Ni, ktora wysyla niekompetentnych ludzi, ktorzy nic nie potrafia zrobic, zeby tylko sprawic wrazenie, ze cos robi, a nie wydac przy tym ani grosza. W kazdym razie Mlody Wang sprawil sie doskonale - rozmontowal pompke (mieszkamy na 5tym pietrze, wiec zeby bylo odpowiednie cisnienie wody konieczna jest pompka - bez niej gazowa grzalka do wody nie zalaczylaby sie) i... zepsul ja.

Po godzinie przyszedl Mlody Tang z jakmis zolnierzem. Najwyrazniej Ni zaczela monity w jednostce wojskowej. Tang pracuje tutaj dla wojska w warsztacie naprawczym, pozostawil na mnie glebokie wrazenie, gdy pol roku temu przyszedl spisywac stan licznika wody, i taki smrod pozostawil ze swoich skarpet, ze Duza M patrzyla na mnie podejrzliwie gdy wrocila z pracy po 6 godzinach. Tym razem bylo podobnie - Mlody Tang chyba wciaz w tych samych skarpetkach... Klapki, ktore mu dalem, zeby do mieszkania nie wchodzil w butach, do dzis wietrza sie na balkonie. Niemniej Mlody Tang rozmontowal pare rur i przeczyscil je, zaczela w koncu leciec zimna woda, wiec jakis postep zostal dokonany. Mlody Tang stwierdzil, ze w ogole rury sa kompletnie zapchane, nie da sie ich przepchac i ze trzeba bedzie zrobic obejscie z plastikowych rur.

Po paru godzinach i moich monitach pojawil sie maz Ni ze Starym Liu. Maz jest dosc kumatym czlowiekiem, nawet dalby sie lubic, ale ze jest mezem Ni, to niestety nie da sie. Stwierdzil, ze pompka jest zepsuta (eureka!), i ze trzeba kupic nowa. OK - kupujcie w takim razie. Pojechali gdzies, poznym wieczorem pojawil sie i zaczal montowac. Normalnie robie to fachowcy, ale ja naciskalem, zeby naprawic wszystko jak najszybciej. Nowa pomka nic nie dala - wciaz tylko zimna woda, i tylko w kurku w kuchni, a w lazience ani odrobina, o cieplej nie mowiac. Kaszana - dzwonie wiec do Ni i mowie, ze musimy sie wykapac koniecznie, wiec niech przygotowuje pieniadze na hotel - no bo gdzie indziej? Po pol godzinie dzwoni Ni i mowi, ze zastepca komendanta jednostki wojskowej zna mnie i zgodzil sie, zebysmy wzieli prysznic w koszarach. Zarzadalem, zeby Ni sprawdzila stan sanitarny, potem sam poszedlem, okazalo sie, ze bylo nie gorzej, niz u nas w mieszkaniu. Samego zastepce komendanta poznalem przed chinskim Nowym Rokiem u fryzjera (tego, co nie lubi Ujgurow). Pogadalismy wowczas, nie byl ani troche zaskoczony, gdy mu powiedzialem, ze chinska TV zignorowala w tlumaczeniu oredzia Obamy stwierdzenia o walce z komunistyczna dyktatura. W kazdym razie wowczas przelamalismy pierwsze lody, i z tym prysznicem poszedl Ni - i w sumie nam tez - na reke.

Ni obiecala rozwiazac sprawe nastepnego dnia. Czekalem wiec i czekalem, i nikogo ani widu ani slychu. W koncu zadzwonilem - Ni udala zaskoczenie, w koncu mowi, ze po poludniu przyjedzie spec z fabryki pompek, zeby ja wlasciwie zamontowac. Wracam z treningu, rzeczywiscie czeka juz fachowiec, mlody chlopak w kombinezonie z logo producenta. Chlopak zapytal mnie, czy cwicze moze kungfu z Shaolin, odpowiedzialem, ze nie, ze cwicze style wewnetrzne. Sam fakt, ze zapytal, zaintrygowal mnie, wiec rowniez zapytalem, czy on cos cwiczy. Na to on, ze Baguazhang 八卦掌 - styl Dloni Osmiu Trygramow. I tak zaczela sie rozmowa - NB ja sam rowniez od parunastu lat cwicze ten styl, wiec od slowa do slowa zgadalismy sie. Okazalo sie, ze Mlody Wang (tak sie nazywal, jak ten nieszczesny niszczyciel pompki) cwiczy styl, ktory nazywany byl cesarskim, jako ze jego tworca nauczal ochroniarzy w palacu cesarskim. W Szanghaju styl spopularyzowal niejaki Wang Zhuangfei 王壮飞 z prowincji Shandong, a byl uczniem bardzo znanego mistrza Gong Baotiana 宫保田 - znanego z tzw. "Umiejetnosci Lekkiego Ciala". Gong Baotian, niewielkiego wzrostu, mieszkal na wysokim drugim pietrze domu bez schodow, i potrafil wejsc do niego bez zadnej drabiny. Mowi sie, ze byl tak szybki, iz potrafil zrobic unik przed kula wystrzelona z odleglosci 100 krokow. Tak przynajmniej twierdzil Zhang Zuolin 张作霖, jego chlebodawca i Pan Wojny (rzadzacy wieksza czesc polnocnych Chin gdy kraj byl podzielony po upadku cesarstwa w 1911). Obecnie uwaza sie, ze Zhang takie plotki glosil, by zniechecic skrytych zabojcow do zasadzenia sie na jego zycie w tamtych burzliwych czasach, ale bez watpienia Gong Baotian byl ekspertem w walce. Ponad 10 lat temu odwiedzilem Wang Zhuangfei'a w jego mieszkaniu w Szanghaju, Wang byl po wylewie i kiepsko sie trzymal. Mlody Wang twierdzil ze przyczyna bylo niedostateczne zwracanie uwagi na cwiczenia wewnetrzne. Ponoc Wang bardzo zazdrosnie strzegl swojego stylu, i pelny przekaz otrzymal tylko jego syn, Wang Hanzhi 王翰之. Syn jest nie tylko mistrzem sztuk walki, ale rowniez uznanym kaligrafem, malarzem i wrozbita, ktory zrobil kariere w Singapurze, ale obecnie mieszka znow w Szanghaju.

Mlody Wang powiedzial tez, ze jest buddysta, ja z kolei przyznalem sie, ze czuje sie mocno zwiazany z taoizmem. On na to, ze wszystkie systemy religijne na koncu prowadza do tego samego celu. Wowczas pokazalem mu zdjecia Ojca Pio, ktore przyslam mi kilka dni temu Stefano (Wloch, kumpel z Pekinu, rowniez cwiczacy kungfu) - zdjecia pokazujace cialo slawnego stygmatyka Ojca Pio w 40 lat po smierci. Cialo wydaje sie byc w bardzo dobrym stanie - tak jak ciala mnichow buddyjskich i taoistycznych, ktorzy osiagneli wysoki poziom w praktykach medytacyjnych.

Wymienilismy telefony, Mlody Wang ma pomoc w kontakcie z kilkoma mistrzami ciekawych stylow cwiczonych w Szanghaju, jak rowniez zaaranzowac spotkanie ze swoim nauczycielem.

No i mam nowego kumpla od kungfu - i pomyslec, ze trzeba bylo do tego zapchania sie rur, przypadkowego zepsucia pompki i kupienia nowej. Chinczycy nazywaja to przeznaczeniem 缘分, my - zbiegiem okolicznosci. W kazdym razie nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo.

Acha, nie musze chyba pisac, ze Mlody Wang sprawil sie doskonale - zidentyfikowal wszystkie problemy i naprawil je; mamy teraz ciepla wode wszedzie, gdzie trzeba.

16 grudnia 2008

Dlaczego moj fryzjer nie lubi Ujgurow i Tybetanczykow

Nadszedl weekend, swieta za pasem, czas uporzadkowac zalegle sprawy - w tym balagan na glowie. Poniewaz dzis wylatuje z Szanghaju (o tym potem), zdecydowalem sie zajsc do fryzjera i obciac to, co pozostalo na czerepie.

Fryzjera znam dobrze, zawsze przed wizyta dzwonie do niego i umawiam sie na godzine. Mieszkamy na wojskowym osiedlu, wsrod kombatantow wojny japonsko-chinskiej (1937-1945) i wojny wyzwolenczej (1945-1949). Wiekszosc z nich pelnila wazne funkcje w wojsku, rzadzie centralnym czy miejskim, a po przejsciu na emeryture panstwo przyznalo im bezplatne mieszkania w dobrym punkcie miasta i niewielki oddzial wojskowy dbajacy o ich codzienne potrzeby (np. codziennie bezplatnie otrzymuja gotowany ryz i mleko sojowe, regularnie sa wozeni wojskowym autobusem do centrow handlowych), zdrowie (nie dosc, ze maja wojskowego lekarza na osiedlu dyzurujacego przez 24 godziny, to rowniez sa regularnie badani w szpitalu wojskowym - ktory jest uwazany za jeden z najlepszych tutaj) i rozrywki. Te ostatnie to nie tylko bezplatne wycieczki do okolicznych miejscowosci turystycznych, ale takze regularne spotkania milosnikow opery pekinskiej. Wszystko to jest fajne, ale niektore z tych udogodnien nam naprawde psuje humory. Latem o 6:15 rano pomoce domowe (najczesciej chlopki z prowincji, zatrudniane przez rodziny kombatantow do opieki nad nimi) przychodza po mleko sojowe, ktore wydawane jest akurat pod naszymi oknami, i zaczynaja wrzeszczec do siebie. Przypuszczam, ze ten wrzask wynika stad, iz na wsi mieszkaja daleko od sasiadow i znajomych i zeby sie porozumiec musza sie glosno nawolywac, i te przyzwyczajenia przynosza ze soba do wielkiego miasta. W sumie jednak podobne zachowania maja starsze mieszkanki Szanghaju, z ktorych wiekszosc pracowala w zakladach wlokienniczych przy szumie maszyn, i przywyczaila sie do glosnych rozmow w tym srodowisku. Wycwiczyly one nie tylko sile glosu, ale rowniez wysoki tembr, ktory byl w stanie przedrzec sie przez halas hali produkcyjnej. Nie daj boze jesli leci sie samolotem na dluzszej trasie siedzac obok kogos takiego (co wlasnie mi sie przydazylo, jako lecialem samolotem w takim towarzystwie). Trzy godziny pracy mlota pneumatycznego w towarzystwie wiertarki probujacej bezskutecznie wywiercic dziure w betonowej scianie sa przyjemniejsze od siedzenia w samolocie przed kims takim.

Tak wiec latem mamy poranne budzenie tychze chlopek, nie powiem, zeby byl to przyjemny poczatek dnia. Do tego dochodza jeszcze ptaszki. Ptaszki - jak je pieszczotliwie, a moze raczej zgryzliwie nazywa Duza M - to inaczej charkoty. Otoz Chinczycy w wiekszosci pala papierosy, i z rana oczyszczaja nagromadzona w gardle flegme. Jest to caly ceremonial, ktorego glowna czescia jest potworny, glosny charkot, a konczy sie soczystym i glosnym splunieciem na ziemie. Zwyczaj obrzydliwy, a z rana raczej nie wprawiajacy w dobry nastroj.

Swietlica kombatantow znajduje sie niestety rowniez pod naszymi oknami, i w niektore soboty przyjezdza na rowerze wirtuz Jinghu 京胡 - instrumentu smyczkowego ktory potrafi wyrwac z wiecznego snu zmarlego. I w te soboty kombatanci - tak jak kiedys karabin - biora w swe rece mikrofon, podlaczony do wlaczonego na maksimum wzmacniacza i poteznych glosnikow (w wiekszosci sa oni albo kompletnie glusi albo co najmniej bardzo przyglusi), i dziarskim oficerskim acz chrypliwym, bo nadwerezonym wiekiem, glosem, zaczynaja spiewac ulubione arie opery pekinskiej. Unikalnego brzmienia tych arii nie da sie wyrazic slowami, sugeruje poszukac jakichs nagran, zalozyc sluchawki na uszy, podglosnic je na full - wowczas bedzie sie mialo namiastke naszych sobotnich porankow.

W kazdym razie na naszym osiedlu jest rowniez fryzjer, ktory za Y2 calkiem niezle strzyze.

Fryzjer to mlody chlopak przed 30tka, przyjechal do Szanghaju kilka lat temu z rodzinnego Anhui 安徽. Anhui to jedna z biedniejszych prowincji, magazyn taniej sily roboczej dla Szanghaju; mimo, ze obecny prezydent Chin Hu Jintao pochodzi wlasnie stamtad, Anhui jakos nie moze stanac na nogi, a takie miejscowosci jak Fuyang znane sa - nieslawnie - chocby niedawnej tragedii, jaka dotknela tantejsze dzieci pijace tanie i bezwartosciowe mleko w proszku, i przede wszystkim biedy, ktora mlodych wygania do miast za chlebem. Mlodziez meska najczesciej pracuje na budowach, dziewczyny co ladniejsze zabawiaja klientow w barach naciagajac ich na drogie drinki i liczac na to, ze ktoremus wpadna w oko i zostana utrzymanka bogacza. Inne sprzedaja swoje cialo, a te, ktorym natura poskapila urody albo pracuja jako kelnerki albo w salonach masazu, gdzie zajmuja sie myciem i masowaniem stop. Przypuszczam, ze prezydent Hu Jintao nie wspomaga stron rodzinnych, by nie byc posadzonym o prywate. Fryzjer ma zone z Guizhou 贵州, biednej prowincji z poludniowo-zachodnich Chin. Nalezy ona do lokalnej mniejszosci narodowosciowej. Chiny sa krajem wielo-narodowosciowym, w ktorym oprocz natywnych Chinczykow narodowosci Han 汉 mieszka 55 innych narodowosci. Fryzjer jest z 30cm nizszy ode mnie, wyglada na 15 lat, jego zona pomaga sprzatajac, maja mala coreczke Momo, ktora ma 4 lata. To bardzo sympatyczna rodzina, pracowita i skromna. Duza M razem z Mala M daja im czesto zabawki, ktorymi Mala M sie juz nie bawi, i rzeczy, z ktorych wyrosla. Ja fryzjerowi place zawsze dyche, trzeba miec gest.

Oczywiscie u fryzjera mozna posluchac plotek i dowiedziec sie wielu ciekawych rzeczy. Ostatnio fryzjer opowiedzial mi o zdarzeniu, jakie spotkalo poprzedniego dnia jego zone, gdy wracala z rynku warzywnego. Otoz wolno jechala rowerem, gdy nagle uswiadomila sobie, ze nie ma portfela, spojrzala wowczas za siebie, i zobaczyla dwoch ujgurskich chlopakow. Jadaca za nia kobieta powiedziala jej, ze to oni wlasnie ukradli jej portmonetke. Zona fryzjera krzyknela na chlopakow, by oddali jej natychnmiast pieniadze, gdy nagle ni stad ni zowad pojawilo sie dwoch roslych Ujgurow z nozami. Oczywiscie zona fryzjera wsiadla natychmiast na rower i odjechala szybko do domu. Fryzjer byl bardzo poruszony zdarzeniem, widac bylo jego wscieklosc na Ujgurow.

Tu kilka slow wyjasnienia. Ujgurowie (维吾尔族, 维族, potocznie zwani 新疆人) mieszkaja w rejonie autonomicznym Xinjiang na dalekim zachodzie Chin, gdzie kraj graniczy z Kazachstanem, Turkmenistanem, niedaleko stamtad do Pakistanu. Natywni Chinczycy nie lubia Ujgurow, z wzajemnoscia zreszta. Przyczyn jest wiele. Ujgurowie nie wygladaja jak azjaci, lecz maja rysy indoeuropejskie. Maja bardzo odrebna kulture od tradycyjnej chinskiej, mowia innym jezykiem - a "powszechna mowa" 普通话 (jezyk radia i TV w Chinach) z bardzo silnym akcentem. Co wiecej sa muzulmanami, nie jedza wieprzowiny. W Xinjiangu czesto dochodzi do zamieszek przeciw Chinczykom, wsrod Ujgurow istnieja dosc radykalne odlamy walczace o autonomie, czesto wybuchaja tam autobusy, gina chinscy policjanci czy sily porzadkowe, sporo jest atakow terrorystycznych. Ostatnio, kilka tygodni przed olimpiada glosno bylo o zlapaniu trojki mlodych Ujgurow, ktorzy planowali wysadzic w powietrze samolot; wykrycie tego planu bylo sukcesem chinskich sil bezpieczenstwa, jednak w Szanghaju zdazyly wybuchnac dwa autobusy, podobnie stalo sie w Kunmingu. Oficjalnie doszlo do samozaplonu, ale w internecie dobrze poinformowane zrodla przypisaly je "Ruchowi Wyzwolenia Wschodniego Turkmenistanu", ujgurskiej organizacji terrorystycznej.Ogolnie Ujgurowie znani sa najbardziej ze sprzedazy szaszlykow, haszyszu i kradziezy. Kiedys Duza M o malo co nie zostala przez Ujgurow okradziona we Friendship Store 友谊商店 (to dosc szykowne centrum handlowe tutaj), potem widziala ich w Carrefourze. Pewnie bede oskarzony o uprzedzenie wobec nich, ale opisuje tylko nasze doswiadczenia.

Fryzjer obdarzyl mnie ciekawa porcja informacji o Ujgurach. Otoz wg niego - i pewnie pozostalego miliarda z hakiem Chinczykow - Ujgurowie nie jedza wieprzowiny, bo uwazajac swinie za swojego przodka. Fryzjer mowil, ze jego znajomi widzieli ponoc portrety swini w domach muzulmanow w Henanie 河南 (to inna prowincja chinska). Poniewaz akurat jeden z moich nauczycieli sztuk walki jest muzulmaninem wlasnie z Henanu, powiedzialem fryzjerowi, ze przyczyny sa chyba nieco inne. Moj nauczyciel swego czasu wyjasnial, ze kiedy Noe zabral na arke rozne zwierzeta, dryfowala ona na falach potopu przez dlugi czas, i wszyscy na pokladzie cierpieli glod i bardzo chudli, tylko o dziwo swinia wygladala coraz lepiej. Jak sie okazalo, odzywiala sie ona odchodami innych zwierzat. Stad tez muzulmanie nie jedza wieprzowiny, bo uwazaja jej mieso za nieczyste, swinstwo po prostu. Fakt jest faktem, ze podczas moich wielokrotnych eskapad na chinska wies wychodek sasiadowal zawsze bezposrednio z chlewem, i swinie rzeczywiscie jadly ludzkie odchody. Swego czasu myslalem, ze to wyizolowane przypadki wynikle z biedy i podejscia, ze nic nie moze sie zmarnowac, i ze jest to dosc nowa metoda wychowu tucznika, ale podczas jednej z wizyt w Muzeum Prowincji Shaanxi w Xi"anie widzialem wykopany z grobu z czasow dynastii Han (2 wiek p.n.e - poczatek 3 wieku n.e.) model chlewu - polaczony z wychodkiem.

Zdjecie - chinska toaleta sprzed 2 tysiecy lat - podobne caly czas funkcjonuja na wsi:


Pozniej rozmowa z fryzjerem przeszla na temat kombatantow. Swego czasu podslyszalem rozmowe pomocy domowych z obwoznym ostrzycielem nozy (jezdzi rowerem po osiedlach z taborecikiem i kompletem ostrzalem i za 2-3 yuany ostrzy tasaki, noze kuchenne i nozyczki). Z rozmowy wynikalo, ze kombatanci maja mnostwo pieniedzy. Fryzjer mial odmienne zdanie w tej materii. Wg niego wszystko sie konczy, gdy przechodzi sie na emeryture, zostaje pare przywilejow, ale wypada sie z ukladu - bo opuszczajac stanowisko traci sie odpowiadajaca mu wladze i mozliwosci. Ci, ktorzy kiedys darzyli urzednika szacunkiem i biegali za nim jak nie powiem co za czym, po jego przejsciu na emeryture odwracaja sie do niego plecami. Pewnie jest w tym sporo prawdy, ale kombatanci - przynajmniej niektorzy z nich - zdarzyli ustawic swoje dzieci zawodowo. Obok miejsca, w ktorym cwicze, mieszka liczacy sobie 89 lat kombatant wojny japonsko-chinskiej (ktora Chinczycy slusznie nazywaja wojna z agresja japonska), Stary Zhang 老张. Stary Zhang pochodzi z Shandongu 山东 (prowincja na wschodzie Chin), mocno nie doslyszy, kuleje na jedna noge, ma rozrusznik serca i sztuczne oko. Kiedys jak tylko widzial mnie cwiczacego pod jego oknem, wychodzil i pokazywal ciekawe techniki walki - bardzo realne metody walki wrecz stosowane przez zolnierzy na froncie, a nie jakies kwieciste uklady. Stary Zhang opowiadal, ze kiedys ledwo wyszedl z zyciem, gdy jego batalion zostal wybity prawie co do ostatniego zolnierza, a japonczycy dobijali bagnetami rannych. On sam polozyl sie pod cialami wspoltowarzyszy, wysmarowal krwia i lezal bez ruchu. W pewnym momencie poczul silny bol - to zolnierz japonski dzgnal go bagnetem. Zacisnal tylko zeby i nie poruszyl sie ani odrobine - i dzieki temu przezyl. Stary Zhang to rzeczywiscie kolorowa postac - a do tego swietnie kaligrafuje. Kiedys zaprosil mnie do swojego mieszkania i pokazal kaligrafie, rzeczywiscie bardzo ladne. Na mnie jednak najwieksze wrazenie zrobil stary miecz z Longquan 龙泉剑 z poczatku wieku. Longquan to miejsce slawne najlepszymi platnerzami w Chinach, do dzis robione sa tam miecze i bron biala. Zapomniane tradycyjne technologie powoli sa odtwarzane i jakosc broni stamtad jest coraz lepsza. Wracajac jednak do Starego Zhanga - latem nie widac go u nas na osiedlu - jak wyjasnila mi jego sasiadka mieszka on wowczac o corki w willi pod Szanghajem. Willa pod Shanghajem to grube pieniadze, jakich nie zarabia sie na niskim panstwowym stolku. Ale co sie dziwic - Stary Zhang mial bardzo wysoki stopien w wojsku, wyzwalal Szanghaj u boku slawnego marszalka Chen Yi (ktory byl rowniez pierwszym merem Szanghaju - jednym z jego wielkich osiagniec byla udana reedukacja dziesiatek tysiecy prostytutek i palaczy opium w miescie), wiec nic dziwnego, ze mial on dostep do najwiekszych przywilejow.

Potem fryzjer wyrazil swoja opinie o Tybetanczykach 藏族. Sa oni dzicy, nieokielznani i zdolni do wszystkiego. Jako przyklad podal zdarzenie opisane w lokalnych gazetach. Otoz na kladce nad glowna ulica w Szanghaju Tybetanczyk rozlozyl na kocu towar do sprzedazy - rozne noze, naszyjniki oraz lapy tygrysa. Czesto mozna spotkac Tybetaczykow ubranych w charakterystyczne dlugie grube "togi", z nozami u pasa (maja do tego prawo, jest to ich zwyczaj i tradycja) i czaszka jaka 牦牛 na plecach, ktorzy handluja lokalnymi specjalami z Tybetu, z ktorych najwiekszym wzieciem ciesza sie lapy tygrysa. Kosci tygrysa sa waznym skladnikiem chinskich tradycyjnych lekarstw, zdaje sie, ze dobrze robia na reumatyzm. NB niedawno TV pokazywala program o osrodku ochrony tygrysow syberyjskich. Nie omieszkano wspomniec, ze pierwotnie byla to ferma tygrysow, w ktorej zwierzeta hodowano wlasnie dla ich kosci. Wracajac jednak do Tybetanczyka na kladce. - otoz wykrzykiwal on "Osiem yuanow za jedno!". Jednemu z przechodniow wydawalo sie, ze Y8 za jedna lape, wiec poprosil o "jedno". Tybetanczyk natychmiast pocial lape na kawalki i zaczal wazyc. Klient byl mocno skonfudowany - przeciez mialo byc za jedna sztuke. Na to Tybetanczyk ostro zaprzeczyl - nie za jedna sztuke, ale za jeden gram. Klient chcial odejsc, ale Tybetanczyk wyciagnal zawieszony u pasa noz mowiac, ze lape juz pocial i klient musi ja kupic. Wyszla suma ponad 3tys. yuanow, klient zaczal sie stawiac, na co do Tybetanczyka przylaczylo sie kilki kumpli (zwykle chodza oni w grupach), i w koncu klient kupil lape za 1000 yuanow. Lapa oczywiscie byla nieprawdziwa, ponoc specjalne warsztaty preparuja je. Nieporozumienie wyniklo rowniez z tego, ze Tybetanczyk slowo "jedna sztuka" Yi Ge 一个 wymawial podobnie do "jeden gram" Yi Ke 一克. Tybetanczycy po chinsku mowia zwykle z dosc ciezkim akcentem, ale oczywiscie caly szwindel byl - tak uwazal fryzjer - zamierzony.

Godzinka u fryzjera minela jak z bicza strzelil, ani sie nie obejrzalem, a z lustra patrzyla na mnie cywilizowanie wygladajaca twarz czlowieka, ktory wlasnie zaczerpnal wielki lyk z czystego zrodla wiedzy i informacji. No i na glowie pojawil sie jaki-taki porzadek, najwazniejsze, ze wlosy krotsze, bo nie chcialem wyjezdzac z dlugimi w tropiki. Wiadomosc te zaczalem pisac na pokladzie samolotu lecacego do Sanya 三亚, wakacyjnej stolicy Kraju Srodka, lezacej nad cieplym oceanem na samym poludniu tropikalnej wyspy Hainan 海南. A koncze w przeddzien wyjazdu do Szanghaju. Krotka relacja z tego pobytu juz wkrotce.

21 listopada 2008

Listonoszka, Mr Chen, Ciocia Zhang czyli chinska madrosc

Na domofon zadzwonila dzis listonoszka. Znam ja dobrze, bo to mieszkanie wynajmujemy od pieciu lat, przynosi listy, czasopisma, ktore subskrybuje, przyjezdza na rowerze kilka razy dziennie. Dzwoni, podnosze sluchawke, ona ze ma list polecony dla mnie. Hm, a powinna miec jeszcze pieniadze za magazyny, z ktorych subskrybcji zrezygnowalem (okazalo sie, ze poprzez redakcje wychodzi znacznie taniej, niz przez Poczte Ludowa). Listonoszka mowi, zebym zszedl, ja do niej, zeby weszla. Mieszkamy na chinskim 5tym pietrze (polskim 4tym), do tej wysokosci w budynkach nie instaluje sie wind - wiec u nas windy nie ma. Listonoszka protestuje, ja cos tam jej grubiansko odburkuje, w koncu ona zgadza sie wejsc. Naciskam guzik otwierajacy brame, slysze jak ucina przy tym pogawedke z ta z 4tego pietra, slysze "wkuta jestem, musze wchodzic na gore"... "Do tego cudzoziemca?" pyta ta z 4tego, "tez ma wymagania!"; "no" mowi listonoszka. Slysze rozmowe, bo nie odlozylem sluchawki. Nie nastraja mnie to pozytywnie. Otwieram drzwi i widze falszywie usmiechnieta listonoszke, mowie do niej: "Tak, po kase za droga subskrybcje to weszlas bez narzekan, a jak masz zwrocic to juz sie nie chce, co?". Listonoszka mowi "alez skadze znowu, nie ma problemu"; na to ja "To czemu sie tej z 4tego skarzylas?". Listonoszka: "Wcale nie, tylko przez przypadek nacisnelam guzik do ich mieszkania na domofonie". Jasne, klamie, nie ciagne sprawy bo i po co, w koncu to ona weszla a nie ja zlazlem, trzeba listonoszce pozwolic zachowac twarz i nie mozna jej wytykac, ze buja. Tak to juz jest w tym kraju, twarz najwazniejsza, w sumie gra pozorow, bo czesto obie strony klamia patrzac sobie prosto w oczy i przy tym zarzekajac sie, ze mowia najszczersza prawde, bo przeciez jestes moim przyjacielem, a tych sie nie oszukuje...

Wczesnym popoludniem wychodze pocwiczyc, spotykam sasiada, Mr Chena. Mr Chen mieszka w budynku niedaleko mojego ulubionego miejsca cwiczen, kiedys zgadalismy sie narzekajac na administracje osiedla, pozyczyl mi ksiazki do teorii na egzamin prawa jazdy. Mr Chen robi jakies dziwne interesy, niedawno wrocil z Mongolii Wewnetrznej, gdzie skladal wizyty klientom, czesto jezdzi grac w golfa, bo ponoc w Chinach najtaniej na swiecie. Mr Chen wlasnie dyskutowal z jakas kobieta: "Przejedz samochodem troche do srodka, bo jak jakis pojazd bedzie skrecal, to uszkodzi Tobie tyl". Okazuje sie, ze kobieta zaparkowala swoj samochod blisko zakretu, za blisko, by inne pojazdy mogly swobodnie skrecic na waskiej osiedlowej drodze. Mr Chen zauwaza mnie, witamy sie, rzuca cichaczem do mnie: "Tacy kurde sa Chinczycy, mysla tylko o sobie". No tak, to wlasnie Mr Chen chce przejechac i samochod tej kobiety mu przeszkadza, boi sie, ze podrapie sobie karoserie. Jednak rozmawiajac z nia uzyl argumentu, ze to jej samochod moze ulec uszkodzeniu. Sprytnie, niby troszczy sie o jej pojazd, ale tak naprawde zalatwia swoja sprawe. Tak odwrocil kota ogonem, zeby wyszlo na jego...

Wieczorem ogladalismy mieszkania - planujemy wyprowadzic sie w koncu z tej psiarni - i znow ciekawe sytuacje. W jednym na pytanie, czy wlasciciel nie moglby usunac paru mebli, bo nasze nie wejda, pelnomocnica, Ciocia Zhang 张阿姨 (tak odnosi sie tutaj do kobiet duzo starszych od siebie), ostro uciela "mowy nie ma!" - az gesia skorka przeszla nam po grzbiecie. W drugim wlascicielka, na to samo pytanie, miekkim, pelnym zalu glosem, powiedziala: "Och, tylko co ja z nimi zrobie, naprawde nie mam gdzie ich przeniesc, moje mieszkanie jest za male". No i zmieklismy. W sumie odpowiedz byla taka sama, ale forma zupelnie inaczej na nas zadzialala. No ale miala tez sympatyczniejsze mieszkanie niz Ciocia Zhang...