Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

17 kwietnia 2009

Tajemnicze zakatki Niebianskich Tarasow 天台山 - Gory Dziewieciu Szczytow 九遮山


Zanim wzialem sie za opisanie poprzedniego pobytu w Gorach Tiantai, znow tam pojechalismy, i jak wczesniej, miejsce obdarowalo nas nowymi wrazeniami, jakich sie nie spodziewalismy.

Jadac tam, wiedzielismy, gdzie skierujemy nasze kroki - w Gory Dziewieciu Szczytow 九遮山. Bylismy tam ostatnim razem, i miejsce nas calkowicie zauroczylo. Zadnych turystow, zadnych prawie pojazdow, tonace w mglach gory o fantastycznych ksztaltach, krystalicznie czyste strumienie, rozrzucone swiatynie taoistyczne i buddyjskie.

Zdjecie: Gory o dziwnych ksztaltach, tarasy owocowe, gaje bambusowe, brak ludzi, stanowia o pieknie Jiu Zhe Shan:


Gory nazywaja sie Gorami Dziewiec Szczytow - to moje dosc wolne tlumaczenie nazwy Jiu Zhe Shan, ktora literalnie oznacza Gory Dziewieciu Przeslon. Jest to wlasciwie dolina, ktorej srodkiem wije sie Strumien Herbacianych Wzgorz 茶山溪. Strumien zakreca dziewiec razy omijajac stojace mu na drodze gory. Przerzucone sa przez niego mosty, a w samej dolinie leza starozytne wioski. W centrum kazdej wioski rosna wielkie, liczace ponad 1000 lat drzewa, ludzie sa zyczliwi i goscinni. Na dnie doliny, po obu stronach rzeki, znajduja sie pola herbaciane i sady owocowe, czesc gor porosnieta jest gajami bambusowymi. Krajobraz naprawde jak z bajki.

Zdjecie - Z okazji chinskiego Swieta Zmarlych - Czystosci i Jasnosci Qing Ming Jie 清明节 - lokalni mieszkancy jedza nadziewane pierogi w zielonym ciescie 青饺 - slowo "Czystosc" 清 i "Zielony" 青 wymawia sie tak samo:


W pierwszy dzien pobytu wstalismy wczesnie, szalona taksowkarka swym zaniedbanym rumakiem z piskiem opon zawiozla nas na dworzec autobusowy w Tiantai, i po chwili znalezlismy sie w busiku do Jietou 街头镇. Kierowca mial ciezka noge do gazu i udalo nam sie zdazyc na autobus o 11:00 jadacy z miasteczka dalej w gory. Autobus byl pelny, stalismy, jechal jednak dosc szybko i w 20 minut i za 7 yuanow w sumie dojechalismy do petli, ktora znajduje sie w wiosce Mingtang 明堂. Autobusem jechalo sporo starych znajomych - m.in. mniszka Jingcheng z Jasnego Klifu (ktory jest po drodze), i jedna z kobiet tam mieszkajacych. Poznaly nas, chcialy ustapic Malej M miejsce, ale ta szczypala sie i wolala jechac na stojaco. Ja w niedzyczasie zasiegalem jezyka od wspolpasazerow. Wszyscy byli zgodni, ze najbardziej dzikim miejscem w okolicy jest wioska Xueshang 雪上, lezaca w wysokich gorach, trudno dostepna i obecnie nie zamieszkana. Ponoc by dotrzec do niej trzeba isc nad glebokimi przepasciami waska, stroma sciezka, na ktorej czesto wyleguja sie weze. Slyszac to wszystko swiecily nam sie oczy z zainteresowania, choc zdawalismy sobie sprawe, ze taka wyprawe w dzikie, niedostepne tereny trzeba bedzie zostawic na kiedy indziej.

Po wyjsciu z autobusu poszlismy dalej droga, NB bardzo porzadna asfaltowka. Bylismy wsrod gor, po obu stronach drogi przyciagaly oczy swieza wiosenna zielenia tarasy z sadami i zagajnikami bambusowymi.

Zdjecie: W drobnym, cieplym wiosennym deszczu krajobraz Jiu Zhe Shan prezentowal sie bajkowo:

Jeden taki zagajnik przyciagnal nasza uwage, jako ze roslo tam mnostwo olbrzymich pedow bambusowych.

Zdjecie: Po obu stronach strumienia rosna geste gaje bambusowe:


Przyznam szczerze, ze takie pedy widzialem wczesniej tylko na rynku warzywnym, nigdy w naturze. Zeszlismy z Mala M, zeby porobic zdjecia, a ja postanowilem kopniakiem sprawdzic wytrzymalosc pedu. Ku naszemu zdziwieniu zlamal sie jak zapalka, wiec "wykopalem" jeszcze jego sasiada. Duza M dala mi worek foliowy, zapakowalismy zdobycz do plecaka, bedzie na kolacje. Postanowilismy, ze damy pedy do ugotowania szefowej w naszej ulubionej knajpie, jeden dla nas, a drugi dla niej w ramach zaplaty za fatyge...

Zdjecie: W bambusowym gaju rosly olbrzymie pedy bambusow, przysmak mieszkancow Kraju Srodka:

Szlismy dalej, siapil drobny, cieply deszczyk, szczyty gor ginely we mgle, ptaki szalaly, kwitly drzewa i krzewy, a swieza zielen niemal razila w oczy. Robilem zdjecia, ale wygladaja dosc nienaturalnie, tak, jakby kolory byly podkecone. Spacer asfaltowka, choc wygodny, wkrotce nam sie znudzil. Mieszkajac w miescie probujemy zawsze uciec od cywilizacji, wiec nie zastanawiajac sie dlugo zrobilismy skok w bok od drogi, przeszlismy po kamieniach przez rwacy strumien i dalej wzdluz jego brzegu. Szlismy, szlismy, zachwycajac sie otaczajaca przyroda i krajobrazem. Wiadomo, miastowi... W koncu sciezka zwezyla sie i stopniowo zaniknela, zrobilo sie dosc slisko i trzeba bylo zaczac myslec o powrocie na druga strone strumienia, blizej drogi. Mala M uwielbia babrac w wodzie, a ostatnio w podobnej sytuacji budowaly z Duza M most, wiec ochoczo zabrala sie do wrzucania kamieni do wody i budowania przeprawy. Duza M jej pomagala, bo ten most byl rzeczywiscie potrzebny, jako ze nie chcialo nam sie wracac do wczesniejszej przeprawy. Ja poszedlem do przodu szukac jakiejs alternatywy, w koncu znalazlem wezsze miejsce, wrzucilem kilka wiekszych kamlotow i jakos sucha noga przeszedlem przez strumien.

Zdjecie: Ja w tym miescie przeszedlem na druga strone strumienia, podczas gdy dziewczyny dalej budowaly swoj most:

Poszedlem jego druga strona z powrotem do dziewczyn, ktore juz konczyly swoja budowle. Duza M wlasnie podnosila jakis duzy kamien, gdy nagle opuscila go ze strachem. Pod glazem lezala zwinieta w klebek jaszczurka z niebieskim ogonem. Zwierze nieszkodliwe, ale biorac pod uwage, ze w gorach mozna napotkac jadowite weze (w tym takze kobry) zabawa z podnoszeniem kamieni do najbezpieczniejszych nie nalezy. Na szczescie wczesna wiosna zwierzeta sa jeszcze ospale, wiec zlapalismy jaszczura i po krotkiej sesji zdjeciowej wypuscilismy na wolnosc.

Zdjecie: Jaszczurka zwinieta w klebek smacznie spala pod kamieniem, ktory Duza M odsunela, zeby zbudowac mostek przez strumien:


Pomoglem dziewczynowm, ktore przeszly na moja strone strumienia. Mala M byla zachwycona, bo nabawila sie w wodzie i zebrala mnostwo kamykow do butelki. Wrocilismy jednak do drogi, i nagle uslyszelismy szum wody. Niewielka sciezka weszlismy w znajdujacy sie po lewej stronie drogi gaj bambusowy, za ktorym z olbrzymiej skalnej sciany spadal z halasem wodospad.

Zdjecie: Wodospad kolo bambusowego gaju:


Droga wkrotce nieoczekiwanie skonczyla sie... Poszlismy za instynktem dalej, wchodzac w kolejna, waska doline, na dnie ktorej plynal strumien. Minelismy kamienny domek polozony obok niewielkiej grupy mogil (Chinczycy tradycyjnie chowaja zmarlych na rodzinnych cmentarzyskach lub w miejscu korzystnym geomantycznie, na posiadlosci zmarlego) znajdujacych sie na stoku.

Zdjecie: Kamienny domek obok malego cmentarza:


Szlismy dalej, okolica robila sie corac bardziej dzika, nie widac bylo zadnych sladow czlowieka, no moze z wyjatkiem czegos, co wygladalo na koleiny po czolgu... Zrobilo sie bardzo cieplo, dolina miala specyficzny mikroklimat, okoliczne gory nie dopuszczaly wiatru, do tego wilgoc sprawiala, ze czulismy sie jak w saunie.

Zdjecie: Dzika dolina, ciepla i wilgotna:

Szlismy wolno, bez celu, odurzeni natura. Kiedys Duza M bardzo narzekala na nasze zycie w Chinach mowiac, ze w kraju mozna wyjechac na zielona trawke, na lono natury, a w Chinach trudno takie miejsca znalezc, bo wszedzie sa smieci albo smarki. Te ostatnie pobyty jednak zmienily jej negatywne podejscie, a ten spacer byl momentem przelomowym.

Zdjecie: Pomiedzy kamieniami w dolinie chodzily wielkie pajaki:


Pozniej strumien, wzdluz ktorego szlismy gdzies zniknal, weszlismy w szeroka doline pokryta glazami, z lezacymi w nieladzie pniami i szczatkami drzew. Miejsce bylo dosc dziwne, zadnej sciezki, zadnego przejscia.

Zdjecie: Szeroka dolina...


Czas plynal nieublaganie, zawrocilismy wiec, po drodze zaskoczeni - zauwazylismy ul pieczolowicie schowany pod wielkim glazem. Wyobraznia dzialala na pelnych obrotach, Duza M mowila o jakiejs bazie wojskowej, ja widzialem gnane batami tabuny wiezniow z pobliskiego obozu pracy, ktorzy w pocie czola przesuwaja watlymi rekami wielkie kamienie...

Zdjecie: Ul stojacy pod oslona wielkiego glazu - ciekawe, kto go tak troskliwie umiescil?

Widzac ul pomyslelismy o pustelniku, mieszkajacym gdzies wysoko w gorach, ktory hodowal tu pszczoly. Skojarzenie stad, ze w Gorach Wudang spotkalem kiedys taoistycznego mistrza Jia 贾爷, ktory mieszkal i medytowal w jaskini - i hodowal pszczoly...

Dotarlismy w koncu do asfaltowki, i tam natknelismy sie na malego, moze 10 letniego chlopca, ktory z tornistrem szedl w przeciwnym kierunku, ku gorom i dziczy.

Zdjecie: Niedaleko konca asfaltowki znajduje sie mala taoistyczna kapliczka:


Zapytalismy go, gdzie idzie, a on, ze do domu, do wioski Xueshang. Powiedzial nam, ze w pol godziny mozna do niej dotrzec, i ze moze nas tam zaprowadzic. Podziekowalismy, powoli sciemnialo sie juz, na nas byl czas powrotu do Tiantai; z drugiej strony wiedzielismy juz, ze Xueshang wcale nie jest taka niedostepna, jak twierdzono w busie, i juz wiedzielismy, gdzie pojdzemy nastepnego dnia.

Szlismy powoli z powrotem, czasu do odjazdu ostatniego autobusu nie bylo duzo, ale naprawde nie chcielismy jeszcze opuszczac tego miejsca. Doszlismy do wioski Mingtang, gdzie nasza uwage przykulo olbrzymie drzewo rosnace opodal drogi. Podeszlismy do niego - tabliczka na nim informowala, ze nazywa sie Xiangfei 香榧, i ze ma 1600 lat.

Zdjecie: Liczacy sobie 1600 lat Czworniak Olbrzymi:


Wczesniej czytalem o rosnacym w Gorach Jiu Zhe Shan 1400-letnim kamforowcu, ale to dzrzewo bylo dla mnie zaskoczeniem. Sprawdzilem potem w internecie, polska nazwa drzewa to Czworniak Olbrzymi - Torreya Grandis. Drzewo uwazane jest przez Chinczykow za skarb - nie tylko, ze wydziela oszalamiajacy aromat, to ma wyrazne dzialanie medyczne - pozwala kontrolowac postepowanie raka gruczolow limfatycznych, bialaczki, a oprocz tego dziala na takie typowe dolegliwosci, jak kaszel, zatwardzenie i pasozyty. Wlasciwosci lecznicze maja owoce i orzechy czworniaka, ktore zreszta mieszkancy poludnia tradycyjnie jadali na Swieto Wiosny. NB niedaleko Tiantaiu znajduje sie zreszta jedyny w Chinach park, w ktorym na powierzchni 50km kwadratowych znajduje sie ponad 30tys. czworniakow. Kolejne miejsce warte odwiedzenia...

Zdjecie: Domostwa w wioskach w dolinie Strumienia Herbacianych Wzgorz polozone sa bardzo malowniczo:


Wioski w rejonie Jiu Zhe Shan sa bardzo interesujace, szczegolnie stare obejscia. Chaty budowane sa z dwoch zasadniczych rodzajow surowca - z drewna lub bialych cegiel; w czesci materialy laczy sie razem. Wszystkie domy stoja na kamiennych fundamentach, rodzajach tarasow, jako ze teren jest gorzysty, nierowny. Wiekszosc gospodarstw zbudowana jest w ten sposob, ze budynki stoja z 3,4 stron, i wydzielaja wewnatrz przestrzen podworca. Ciekawe sa budynki z cegiel, bo one wydaja sie byc ogniwem posrednim miedzy wiejska, drewniana zabudowa, a miejska, ceglana. Budynki te maja bardzo waskie drzwi wejsciowe, przez ktore moze przecisnac sie tylko jedna osoba; otwory okienne sa nieliczne, rowniez niewielkie. Dom sprawia wrazenie fortecy, widac wyraznie, ze mial chronic mieszkancow przed ewentualnymi bandytami.

Zdjecie: Przyszlosc narodu i jej dumna rodzicielka:


Stara architektura wioskowa powoli zaczyna jednak ustepowac nowej, pozbawionym smaku, ceglanym potworom. Z drugiej strony ludzie chca mieszkac coraz lepiej, wiec trudno sie dziwic, ze buduja sobie nowe domostwa, chco mowiono nam, ze czesto wynika to stad, ze jeden sasiad zbuduje sobie 2-kondygnacyjny dom, to ten obok musi zbudowac 3-poziomowy, choc tak naprawde niekoniecznie go potrzebuje. Pozniej stoja te domy tu i tam, czesto niewykonczone, bo tak naprawde nikt nie chce w nich mieszkac - starzy wole stare domy, mlodzi zwykle pracuja w miastach. Jedynym wyjatkiem sa coraz powszechniejsze w Chinach domowe hostele, rodzaj gospodarstw agroturystycznych Nong Jia Le 农家乐, ktore daja calkiem znosne warunki mieszkaniowe i wyzywienie za niewielkie pieniadze, i sa dobra alternatywa w miejscach, gdzie baza hotelowa nie jest rozwinieta. Rozwazamy z Duza M zamieszkanie w takim gospodarstwie w niedalekiej przyszlosci, ja w zeszlym roku tak mieszkalem bedac w prowincji Shaanxi i wchodzac na Wielka Biala Gore 太白山, i bylo to ciekawe doswiadczenie, a do tego pelna egzotyka, szczegolnie jesli chodzi o toalety, w ktorych mozna bylo sie posliznac na olbrzymiej ilosci bialych sliskich robali wypelzajacych z cuchnacej dziurym, z ktorej dna glodnymi oczami patrzyla swinia...

Zdjecie: Pszczelarz w wiosce Mingtang przy pracy:


Szlismy uliczkami w wiosce, na ganku jednego z domu siedziala kobieta pracowicie nawlekajac drewniane paciorki na sznurki. Zapytalem, czy to na buddyjskie rozance, a ona na to, ze na chrzescijanskie. Rejon Jiu Zhe Shan znany jest z produkcji drewnianych kulek (az dziw bierze, ze mozna miec taka specjalizacje), i robi sie z nich rozance czy rodzaj pokrowcow na siedzenia do samochodow.

Zdjecie: Chalupniczy wyrob rozancow - i to nie buddyjskich...


Przy kazdej wiosce w rejonie znajduje sie most, ktory jest rowniez miejscem spotkan lokalnych mieszkancow. Jak w kazdym zdrowym spoleczenstwie, podczas gdy kobiety siedza w domu i pracuja, mezczyzni zbieraja sie na papierosa na pogaduchy. Zagadalem to nich, pytajac o droge, ktora wila sie z drugiej strony rzeki miedzy gorami, ponoc prowadzi do elektrowni wodnej Smoczego Strumienia 龙溪.

Zdjecie: Most, miejsce zebran wioskowych leni i obibokow:



Zdjecie: A ten to pewnie pantoflarz, bez krzty meskiej dumy, bo pracuje, zamiast spedzac pozytecznie czas na moscie...


Caly rejon bogaty jest w strumienie, konieczna jest ich regulacja, a zapory i elektrownie wodne sa bardzo powszechne, choc pradu i tak brakuje, stad w Taizhou, centralnym i najwiekszym miescie rejonu budowana jest obecnie elektrownia jadrowa. Zhejiang to jedno z najwiekszych zaglebi produkcyjnych Chin i swiata (ciekawostka - 98% zapalniczek kosztujacych ponizej jednego dolara jest wytwarzanych wlasnie tutaj), i zapotrzebowanie na energie elektryczna jest olbrzymie i rosnace.
jesli chodzi o mosty, to kilka lat temu bedac w niewielkim miasteczku na poludniu Chin juz zwrocilismy na to uwage. Bylo to o tyle zabawne, ze na moscie z jednej strony stali chlopacy z motocyklami, rowerami, motorowerami i innymi rumakami, a z drugiej dziewczeta w grupach, rozchichotane. Slowem - most zakochanych, a nie jak ten w Mingtang, leniwych obibokow...

Zdjecie: Dzieci w Mingtang z nareczem swiezo zerwanych gorskich azalii:


Podchodzac to Mingtang slyszelismy klakson autobusu, ale sie nim za bardzo nie przejmowalismy, bo czasu do odjazdu teoretycznie bylo jeszcze duzo, choc wiadomo, ze autobusy na wsi kursuja tylko mniej-wiecej wg rozkladu jazdy. Gdy doszlismy do przystanku okazalo sie, ze autobusu nie ma, ale babcinka obok zapewnila nas, ze jeszcze przyjedzie, tylko kierowca pojechal cos zalatwic.

Zdjecie: Na drodze do Dongjiang, jeszcze spojrzenie do tylu na Mingtang:


Poszlismy wiec dalej, idac droga wzdluz strumienia i dochodzac do wioski Dongjiang 东江.

Zdjecie: Boisko szkolne w wiosce Dongjiang:


Gdy podeszlismy do lokalnego mostu autobus podjechal. Okazalo sie, ze bylismy jedynymi pasazerami; powiedzialem bileterce, ze przez nich ucieknie nam autobus do Tiantai, na co ona zadzwonila na druga petle i zalatwila, ze ten na nas poczeka. Lubie Jiu Zhe Shan i te okolice wlasnie za cala ta organizacje, gdzie nie ma spraw nie do przeskoczenia - no chyba ze negocjuje sie ceny...

Zdjecie: Most w Dongjiang, kolo ktorego zlapalismy powrotny autobus:


Kierowca prul jak kierowca F1 (Duza M siedziala cala zielona i kazala mi mocno trzymac Mala M) i bez problemu zdazylismy na kolejny autobus. W Tiantai miejski autobus zawiozl nas do znajomej knajpy, w ktorej zjedlismy - oprocz innych jarskich potraw - trofiejne pedy bambusa.

Zdjecie: Wykopane przez nas pedy bambusa gotowe do spozycia:


Byly OK, jedlismy juz lepsze. Potem spacerek dla strawienia i taksa do hotelu. Ku naszemu zaskoczeniu przy jednym ze skrzyzowan zatrzymala nas policja i latarkami poswiecila po oczach. Jak sie okazalo poprzedniego wieczora lokalny mlodzian w kafejce internetowej zaciahal nozem dwoch kumpli. Wg taksowkarza, ktory nam o tym powiedzial, poszlo o kobiete. NB w Chinach kafejki internetowe 网吧 - tak jak u nas salony gier - sa gniazdami przestepczosci wsrod maloletnich, i uwaza sie, ze jesli ktos chodzi do takiej kafejki, to nie jest z niego nic dobrego.

Dotarlismy w koncu do hotelu i padlismy zmeczeni do lozek, zastanawiajac sie jeszcze tylko, co przyniesie nam nastepny dzien...

19 lutego 2009

Xi'an 西安 nocą - Dwie Wieże i kuchnia

Xi'an jak kazde chinskie miasto, ma wiele do zaoferowania takze po zmroku, chocby ze wzgledu na piekne iluminacje. Szczegolnie centrum miasta wokol Wiez Dzwona i Bebna jest przepieknie oswietlone, i choc nie na taka skale, jak. np. Szanghaj, to przez fakt, ze architektura w Xi'anie jest albo stara, albo wzorowana na takiej (centrum miasta - takze nowoczesne budynki - nawiazuja stylistyka do architektury Chin z czasow najwiekszej swietnosci kraju i miasta, czyli dynastii Tang 唐朝 7-10 w n.e.) atmosfera miejsca jest szczegolna.

Swoja droga ciekawy to kraj, w ktorym notorycznie brakuje energii elektrycznej, gdzie na odleglej prowincji prad jest tylko przez kilka godzin dziennie, a jednoczesnie marnuje sie olbrzymie jej ilosci po to, by miasta prezentowaly sie ladniej i atrakcyjniej wieczorem. Ale czegoz nie robi sie w imie turystyki - a Xi'an bez watpienia wiele na turystyce zyskuje.

Calosc efektu jest szczegolnie widoczna w mojej ulubionej dzielnicy muzulmanskiej 回坊, gdzie po zmroku kazde stoisko, kazdy sklepik, kazda garkuchnia sa oswietlone, do tego dochodza jeszcze dodatkowe efekty ognia w paleniskach, zarzacych sie wegli w grillach, buchajacych plomieni z garkuchni.

Ponizej kilka zdjec, w troche wiekszym niz zwykle formacie (otwieraja sie po kliknieciu):

Centrum miasta - zbudowane jest z elementami architektury dynastii Tang (7-10 w n.e.), kiedy Xi'an (wowczas zwany Chang'anem 长安 - "Wiecznym Spokojem" - obecna nazwa Xi'an oznacza "Zachodni Spokoj") byl stolica kraju, a Chiny przezywaly okres chyba najwiekszego rozkwitu w swych dziejach, gdy szlakiem jedwabnym miedzy Chinami a krajami arabskimi wedrowaly setki karawan, gdy w Xi'anie mieszkaly tysiace cudzoziemcow, kobiety graly w polo a idealem urody byla nie wiotka anorektyczka, lecz korpulentna wymalowana lala...



Wieza Dzwonu 钟楼 - jest budowla, ktora znaja wszyscy turysci, jako ze znajduje sie w samym centrum miasta, a obok niej stoi najstarszy otwarty dla turystow zagranicznych Bell Tower Hotel (cudzoziemcy moga mieszkac w Chinach tylko w wybranych hotelach 涉外宾馆, obecnie niemal we wszystkich, ale kilkanascie lat temu bylo ich relatywnie niewiele). Wieza - najwieksza tego typu budowla w Chinach - obecnie stoi na skrzyzowaniu dwoch glownych drog w centrum miasta (czyli czesci otoczonej murami); zbudowana w 1384 roku, ma 36 metrow wysokosci, a w jej wnetrzu wisi olbrzymi, 5-tonowy dzwon. Wieza pierwotnie stala naprzeciw Wiezy Bebna (tam znajdowal sie srodek miasta przed nastaniem dynastii Ming 明朝 - czyli przed 1368), ale w 1582 przeniesiono ja na obecne miejsce. Wewnatrz Wiezy wisi wazacy 5 ton dzwon - odlano go w koncu XV wieku; wczesniejszy dzwon byl wiekszy - wazyl tone wiecej, a wykonano go na poczatku 8 wieku. Ponoc po przeniesieniu Wiezy Dzwona na nowe miejsce stary dzwon stracil glos, i konieczne bylo powieszenie nowego dzwonu.



Tygrysie Poduszki - motywem tygrysa ozdabia sie w Chinach czesci ubrania czy tez sprzety uzywane przez male dzieci. Celem jest odstraszenie zlych mocy. Podchodzilem do tego z dystansem i usmiechem poblazania, widzac chinskie malenstwa w Tygrysich Czapeczkach 虎帽 czy Tygrysich Butkach 虎鞋, ale podczas tego pobytu w domu syna mistrza zauwazylem malenki oltarzyk. Zaciekawiony zaczalem go badac - Fangfang powiedzial mi, ze sam oltarzyk byl w rodzinie od wielu pokolen - i zauwazylem dziwnego gnata lezacego przed nim. Jak sie okazalo byla to kosc tygrysa, ktora mistrz przywiozl z Singapuru (w ChRL zabijanie tygrysow jest surowo karane, choc kiedys byl to powszechny proceder ze wgledu na specyficzne wlasciwosci ich kosci - pisalem juz o tym wczesniej). Fangfang wytlumaczyl, ze ponoc jesli dac powachac psu lub wilkowi proszek z kosci tygrysa, to wezma ona ogony pod siebie i uciekna ze strachu - taka jest sila samych kosci. Stad tez kosc na oltarzyku miala na celu wlasnie odstraszanie zlych mocy od domostwa. Z drugiej strony blisko oltarzyka lezal sobie pies wlasciciela i jakos nie okazywal strachu, no ale moze dlatego, ze byl swoj, a nie opanowany przez zle moce...



Szaszlyki Baranie 羊肉串 - handel nimi zdominowany jest przez Ujgurow, nawet w muzulmanskiej dzielnicy w Xi'an, zamieszkalej glownie przez narodowosc Hui 回族, mozna spotkac sprzedajacych szaszlyki Ujgurow. To kolorowy narod, ich glosne nawolywania, rubaszne zarty i smiech sa milym akcentem wsrod raczej malo ekspresyjnych czy emocjonalnych Chinczykow.





Trzcina cukrowa 甘蔗 jest naturalnym i zdrowym przysmakiem. Mozna ja kupic na wiekszosci rynkow warzywno-owocowych w Chinach, czesto rowniez na ulicy. Serwowana jest albo w postaci 40-50cm kawalkow, obranych z twardej, fioletowego koloru kory - wowczas odgryza sie kawalki, gryzie w ustach wysysajac sok, a nastepnie wypluwa sucha reszte. Inny sposob - dla leniwych i tych z gorszym uzebieniem - to picie wycisnietego soku (jak na zdjeciu) z sokowirowki. NB moj dentysta twierdzi, ze Chinczycy maja dlatego niezle zeby, bo jedza duzo surowych lub pol-surowych, twardych warzyw, gryza tez na umor pestki (niekiedy mozna zauwayc takich z wytartymi cesciowo przednimi siekaczami, wlasnie od pestek). Dentysta twierdzil, ze najgorsze zeby - jakie napotkal w swej praktyce - maja Japonczycy (tylko dlaczego) i Niemcy (wiadomo, sauerkraut...)



Oczywiscie wieczorem nie moze zabraknac ulubionego Paomo - jednej z dwoch slawnych - oprocz pierozkow Jiaozi - potraw Xi'anu:



Restauracje i garkuchnie maja mnostwo klientow, ogien buzuje w paleniskach. Warzywa w kuchin chinskiej smazone sa w tzw. Wokach (Guo 锅, krotko ale na glebokim oleju. Warzywa sa odkazone, czesciowo przysmazone, czesciowo ugotowane, ale jednoczesnie zachowuja swoja wartosc odzywcza i witaminowa. Chinczycy nie jadaja praktycznie surowek, uwazaja, ze jedzenie surowych warzyw jest niehigieniczne. Podczas gotowania olej czesto zajmuje sie ogniem, co daje dodatkowe efekty swietlne. Niestety w zwiazku z tym sposobem gotowania kuchni w chinskich mieszkaniach czesto daleko do idealu czystosci - nie tylko kuchenka, ale i sciany sa cale pokryte cienkim filmem z oleju, do ktorego przykleja sie brud. Stad tez gdy chce sie wynajac mieszkanie nalezy zwracac szczegolna uwage wlasnie na kuchnie - one sa najczeciej - obok lazienek - najslabszym ogniwem calosci.



O chinskich makaronach moznaby napisac cala ksiazke. Sa ich dziesiatki rodzajow - napopularniejszy jest makaron ciagniony (chyba tak nalezaloby go nazwac) Lanzhou Lanzhou La Mian 拉面兰州 - ciasto jest tak urobione 活面 (wymaga to wysilku i czasu), ze jest bardzo ciagliwe i nie rwie sie przy rozciaganiu; ciagnie sie je wiec najpierw na wyciagniecie ramion na boki, potem sklada w pol, znow rozciaga, i tak kilkanascie razy, az makaron staje sie odpowiednio cienki. Inny rodzaj makaronu to ciety nozem Dao Xiao Mian 刀削面. Duzy kawalek urobionego ciasta kucharz trzyma w jednej rece, a druga ostrym tasakiem (Chinczycy preferuja tasak i wykorzystuja go do ciecie tak jak my noz) scina nad kadzia z gotujaca sie woda 10cm paski makaronu, ktore po scieciu wpadaja do wrzatku. Co wieksi "artysci" klada sobie ciasto na glowie, po czym scinaja z niego makaron obiema rekami, w ktorych trzymaja tasaki.
Inne ciekawe rodzaje makaronu, to Kocie Uszy 猫耳朵 i "Wypryski" 搓疙瘩. Robi sie je biorac niewielka grudka ciasta i kciukiem "wcierajac" ja w druga dlon. Makaron zawija sie na ksztal kocich uszu lub plaskich spiralek. NB Chinczycy twierdza, ze oni byli pierwsi z makaronami, a Wlosi nauczyli sie sztuki robienia ich on Marco Polo...



Najprostszy i najmniej pracochlonny sposob robienia makaronu, to wyciskanie go (zdjecie chalupniczej "wyciskarki" bylo w poprzednim wpisie) 压面, tak tez robi sie makaron na skale przemyslowa.

Jesli chodzi o samo gotowanie, to makaron mozna zagotowac i podac go w zupie z dodatkiem warzyw czy miesa - nazywa sie go wowczas makaronem w zupie 汤面. Mozna go rowniez podsmazyc 炒面. Mozna go ewentualnie po ugotowaniu odcedzic, nalozyc do miseczki, po czym dodac odrebnie przygotowana "omaste" 卤面, np. z jajek i pomidorow. Do kazdego z tych sposobow mozna dodac ostrej pasty, octu winnego lub sosu sojowego. Dwie prowincje slynace ze swych makaronow to Shaanxi 陕西 i Shanxi 山西. Ta druga znana jest z produkcji octu winnego 陈醋, ktory dodaje sie do wielu potraw, takze oczywiscie makaronu. Ponoc dlatego, ze woda w Shanxi ma odczyn zasadowy, i dla zdrowia konieczne jest spozywanie duzych ilosci octu.



Makaron je sie paleczkami, co wymaga pewnych umiejetnosci, no bo jak nabrac dlugie nitki makaronu dwoma kijkami. Zeby moc najesc sie w ten sposob makaronem konieczne jest dobry "ciag" - bo makaron taki doslownie sie zasysa. Stad tez chinska knajpa z makaronami wypelniona jest dzwiekami takiego doslownego "wciagania" i siorbania. Niewprawnym osobom koncowki makaronu beda "tanczyly" i uswinia ubranie dokumentnie, wiec lepiej zrezygnowac z makaronu gdy jest sie oficjalniej ubranym.

Prowincja Shaanxi (ktorej stolica jest wlasnie Xi'an) slynie z pieknych wycinanek. Kobiety na wsi, gdy nadchodzi zima i nie ma prac polowych, siedza w domach (typowym domem sa rodzaje ziemianek 窑洞 wyrytych w zoltym lessie) na ogrzewanych lozkach Kang 炕 (jest to w zasadzie rodzaj pieca, tak jak u nas w starych kamienicach piece kaflowe, ale jest on plaski i sluzy jako lozko) i nozyczkami wycinaja misterne wycinanki. Te wycinanki zadziwiaja precyzja i kunsztem artystycznym; najczesciej z czerwonego koloru, naklejane byly na drzwi domostw dla ozdoby i odstraszenia zlych duchow. Do dzis ciesza sie one duza popularnoscia i orginalna pamiatke z wyjazdu do Shaanxi.



Wieza Bebna 鼓楼 stoi przy wejsciu do dzielnicy muzulmanskiej. Zbudowana w 1380 roku, pierwotnie znajdowala sie w niej olbrzymi beben, ktorego dzwiek glosil zmiany wart (Chinczycy dzielili dobe na 12 wart - dwu-godzinnych okresow). Beben nie zachowal sie do naszych czasow, ale wieza pozostala.
Poniewaz dzwiek bebna nie jest zbyt donosny, od 5 w n.e. zaczeto wykorzystywac dzwony (podobno dzwiek dwonu w Pekinie niosl sie na odleglosc 25km!), ktore podawaly czas w ciagu dnia, natomiast bebny - noca.

17 lutego 2009

Xi'an 西安 - przysmaki, ludzie i pare historyjek

Niedawno wrocilem z prawie tygodniowego pobytu z Xi'anu. Xi'an to dawna stolica kraju, o historii znacznie bogatszej niz Pekin, miasto slawne na swiecie przede wszystkim z odkrycia slawnej terakotowej armii pierwszego cesarza Chin, Qin Shi Huanga 秦始皇. Niemal kazda wycieczka, ktora przyjezdza do Chin, ma w programie wizyte w muzeum terakotowej armii.

Zdjecie - Stara uliczka prowadzaca do najwiekszego muzeum kamiennych steli - i najstarszych kaligrafii - w Chinach:


Moj pobyt w Xi'anie koncentrowal sie wokol codziennych cwiczen z mistrzem - pobudka o 6:00, przejazd do muzulmanskiej dzielnicy 回坊 na sniadanie, przejscie pod mury miejskie (Xi'an otoczony jest liczacymi sobie ponad 600 lat poteznymi murami), cwiczenie z mistrzem i grupa jego uczniow, potem przejscie na lunch, powrot do hotelu, sjesta, znow cwiczenie - najpierw samodzielne, potem w domu mistrza, kolacja u niego w domu, powrot do hotelu, robienie notatek, cisza nocna. Po 2 dniach stwierdzilem jednak, ze nie bede marnowal czasu na popoludniowa drzemke, i dwa razy pojechalem do slawnej Swiatyni Osmiu Niesmiertelnych; wieczorem natomiast jezdzilem do dzielnicy muzulmanskiej, ktorej nie mozna odmowic specyficznego kolorytu - mnostwo najrozniejszego jedzenia, sklepiki, mnostwo ludzi, turystow, muzulmanie zarowno narodowosci Hui 回族, jak i Ujgurowie 维吾尔族, zupelnie inne Chiny...

Zdjecie - ulubionym miejscem porannych cwiczen mieszkancow Xi'anu sa parki polozone wzdluz olbrzymich murow miejskich:



Zdjecie - Brama Wenchang 文昌门 w poludniowej czesci murow:

Piszac o Xi'anie koniecznie trzeba wspomniec lokalne potrawy. W miescie bylem wielokrotnie, zarowno sam i z rodzina, jak rowniez prowadzac wycieczki z Polski. Atrakcje w postaci najrozniejszych zabytkow troche mi sie juz opatrzyly (moze z wyjatkiem Muzeum Historii Prowincji Shaanxi 陕西历史博物馆, w ktorym wizyta jest zawsze fascynujaca wycieczka w gleboka przeszlosc Chin). Jedzenie w Xi'anie nie znudzilo mi sie jednak w ogole. Nie moge wiec go tutaj pominac. Najlepsza chyba kuchnie mozna znalezc w dzielnicy muzulmanskiej. Po pierwsze zadnej wieprzowiny, co dla mnie oznacza mozliwosc jedzenia wszystkiego; po drugie doskonale smaki - wyrazne, z przewaga arabskich przypraw i oczywiscie wszechobecnej ostrej papryki; po trzecie swietne slodycze - m.in. autentyczna chalwa, ktora nie odmiennie kojarzy mi sie z dziecinstwem, gdy byla rzadkim i prawdziwym rarytasem.

Zdjecie - Zupa Pieprzowo-Paprykowa 胡辣汤 smakuje z rana jak smietana...


Rano zwykle jadalismy zupe pieprzowo-paprykowa Hulatang 胡辣汤. Moze wydac sie dziwne, ze od rana meczy sie pusty zoladek ostrym jadlem, ale jakos nigdy nie mialem z tego powodu zadnych klopotow zoladkowych. Zupa wystepuje w dwoch odmianach - henanskiej (z prowincji Henan 河南) - jest gesta, szklista, zaciagnieta skrobia, z kapusta, ziemniakami, slodka papryka i wolowymi klopsikami, smakiem odrobine przypomina nasza zupe gulaszowa; i odmianie z Shaanxi 陕西 - ta jest ciemna, z cholera wie czym, bo jest nieprzezroczysta, ale tez jest bardzo smaczna.

Zdjecie - Muzulmanka sprzedajaca zupe Hulatang na ulicy:


Do zupy obowiazkowo kupuje sie gruby placek Mo 馍, ponoc typowa rzecz dla kuchni arabskiej, ktory rozdrabnia sie na dosc grube kawalki, topi je w zupie, i tak zajada. Poniewaz zupa jest dosc gesta, czesto po niej pilismy albo cieple mleko sojowe Doujiang 豆浆 albo rzadki kleik ryzowy Xifan 稀饭. Z jakichs nie znanych mi przyczyn Chinczycy nie pija z rana herbaty, co najwyzej goraca przegotowana wode albo wlasnie kleik ryzowy.

Zdjecie - Najrozmaitsze orzechy, migdaly i suszone daktyle oferowane na straganach w dzielnicy muzulmanskiej:


Jednego dnia zrobilismy sobie przerwe od zupy, i dla odmiany zjedlismy chyba najbardziej typowe chinskie sniadanie - rodzaj "chruscikow" gotowanych na glebokim oleju, czyli tzw. Youtiao 油条. Praktycznie w calych chinach mozna rano zobaczyc, jak na ulicy, na prowizorycznych piecykach zrobionych z metalowych beczek po oleju, gotuje sie Youtiao, obok stoja stoly, przy ktorych klienci na wolnym powietrzu konsumuja je, najczesciej jedzac rowniez lekki serek sojowy zwany "Sojowym Mozgiem" Doufunao 豆腐脑, o konsystencji galarety, do ktorego dodaje sie rozne przyprawy czy kiszonki; mysmy nasze Youtiao zjedli z mlekiem sojowym.

Zdjecie - Restauracja Rodziny Mi serwujaca Paomo jest zawsze pelna:


Jesli chodzi o obiady, to dominowalo moje ulubione Paomo 泡馍. Paomo to typowy przysmak kuchni muzulmanskiej. W skrocie mozna powiedziec, ze jest to rodzaj zupy z miesem i kawalkami placka. Ciekawy jest jednak sposob przyrzadzania - w ktorym zreszta klient bierze aktywny udzial. Pierwsza rzecz, to uiszczenie rachunku - wowczas trzeba rowniez podjac decyzje, czy chce sie zupe wolowa czy barania. Ogolnie ta druga uwazana jest za smaczniejsza i bardziej odzywcza (Chinczycy uwazaja baranine za mieso "cieplo", ktorego spozywanie skutecznie rozgrzewa organizm i chroni przed zimnem); co ciekawe, jeszcze nie trafilem na Paomo z baranina, ktora mialaby ten charakterystyczny paskudny zapach, ktory mozna czesto spotkac przy potrawach z baraniny serwowanych w naszym kraju. Dostaje sie pusta miske i kilka (w zaleznosci od zamowienia) niewielkich plackow Mo 馍. Dodatkowo kazdy dostaje - w ramach ceny - niewielki spodek z kiszonym slodkawym czosnkiem Tangsuan 糖蒜 i ostra pasta z papryki.

Zdjecie - szefowa knajpy trzyma kase (maz nie jest godzien zaufania); na malych talerzykach placki, slodki czosnek i ostra papryka:


Z tym wszystkim siada sie przy stole - a o miejsce nie jest w porze lunchu latwo - i przystepuje do darcia placka na drobne kawalki (w przypadku Hulatang kawalki byly duze, a przy Paomo im drobniejsze, tym efekt jest lepszy). Drac placek mozna sobie pogadac z kumplami, jest to - ja zwykle w kuchni chinskiej - swietna okazja do wymiany pogladow, nawiazania blizszych ukladow, etc. Po rozdrobnieniu placka oddaje sie go kelnerowi, ktory w brudnym kitlu uwija sie miedzy stolikami. On pyta, jaka zupe chcemy (wolowa czy barania), po czym daje nam metalowy numerek. W kuchni do naszej miski wrzucane jest mieso, zwykle ze sporym kawalkiem tluszczu, makaron sojowy 粉丝, jakas zielenina, wlewana zupa, a nastepnie calosc jest gotowana. Po jakichs 15 minutach kelner wychodzi z miska i wywrzaskuje nasz numer - i daje nam zupe po jego okazaniu. Ciekawe, ze w miesie nie widac juz tluszczu - wytapia sie on calkowicie podczas gotowania.

Zdjecie - Rozdrabnianie placka Mo:


Moim ulubionym miejscem, w ktorym serwowane jest Paomo jest Restauracja Rodziny Mi 米家泡馍馆 w dzielnicy muzulmanskiej. Jest ona bardzo slawna, wszystkie elementy - mieso, czosnek, placki - sa robione wg specjalnych receptur, co daje dosc wyjatkowy efekt smakowy. Niestety, niekiedy dochodzi do pomylek, i dostajemy zupe z plackiem pokruszonym nie naszymi, ale obcymi brudnymi lapami. Knajpa jak wspomnialem jest rodzinna, kiedys tatus wzial synka, kase, i w nielegalnych zakladach obstawili kilka druzyn pilkarskich. W rezultacie przegrali milion yuanow, i potem przez dluzszy czas nie tylko, ze jakosc Paomo gwaltownie sie pogorszyla, ale rowniez serwis mocno podupadl. Chyba jednak albo juz wyszli na swoje, albo doszli do siebie, bo podczas tej wizyty jedzenie bylo lepsze, niz kiedykolwiek. Paomo serwowane jest na kilka sposobow, w zaleznosci od ilosc zupy, w ktorej podaje sie je do konsumpcji. Rodzina Mi przygotowuje je na tzw. suchy sposob 干泡 - do jedzenia dostaje sie kawalki placka nasaczone zupa, tak, ze w misce nie ma praktycznie plynu; inny sposob podawania to tzw. Miasto Otoczone Woda 水围城 - w tym przypadku zupy jest na tyle w misce, ze otacza ona umieszczone w srodku i nasaczone nia kawalki placka.

Zdjecie - Rogaliki Mahua serwowane w "oleistej herbacie" z kostnego mialu:


Inny przysmak to tzw. Mahua 麻花, czyli rodzaj pieczonych, pokreconych twardych "rogalikow". Serwowane sa one w tzw. Oleistej Herbacie Youcha 油茶 - wrzucane do niej, gotowane przez chwile do zmiekniecia, i serwowane w misce razem z zupa. Sama Youcha zaparzana jest na brazowym proszku - calkiem niedawno dowiedzialem sie, ze sa zmielone kosci wolowe. "Herbata" czesto podawana jest na slodko - z cukrem, orzechami i rodzynkami. Muzulmanie maja rzeczywiscie smykalke do gotowania. Oprocz Paomo i Hulatang feruja oczywiscie slawne baranie szaszlyki 羊肉串, placki nadziewane miesem, Xiao Chao 小炒 (robione jak Paomo, ale z ostra papryka), najrozniejsze makarony (podawane w zupie - cos w rodzaju naszej zupy z makaronem) lub podsmazane. Nie moze rowniez zabraknac pierozkow Jiaozi 饺子 z ktorych Xi'an slynie (w programie wycieczek jest tzw. Pierozkowe Przyjecie 饺子宴, podczas ktorego serwuje sie dziesiatki rodzajow pierozkow, z roznym nadzieniem i roznego ksztaltu). Najpopularniejsze sa Jiaozi w kwasnej zupie 酸汤饺子 - jak nazwa wskazuje podawane sa one w zupie z duza iloscia octu winnego. To konkrety, a oprocz nich sa rowniez inne specjaly - suszone daktyle, orzechy wloskie, migdaly i dziesiatki najrozniejszych slodyczy - mnie szczegolnie przypadla do gustu wspomniana wyzej chalwa orzechowa 花生酥 oraz nadziewane persimonowe placki o smaku osmantusa 黄桂柿饼. To ostatnie wymaga wyjasnienia.

Zdjecie - Persimonowe placki podczas smazenia:


Otoz persimony to rodzaj owocow, ktore wygladaja troche jak pomidory, rosna na drzewach i dojrzewaja jesienia. Mozna jesc je surowe, ale tylko dojrzale, bo przedtem sa potwornie gorzkie. Dojrzaly persimon to taki, ktory w srodku jest kompletnie plynny, a skore ma bardzo miekka. Mozna miazsz jesc lyzeczka, jest bardzo slodki. Gdzies w pazdzierniku 1990 roku szkola zabrala nas na wycieczke do cesarskich grobowcow pod Pekinem. Jest tam mnostwo sadow owocowych, w tym sporo wlasnie persimonowych. Kolega z Bangladeszu polakomil sie na nie, kupujac kilka od przydroznej sprzedawczyni, i zaczal je konsumowac w autobusie. Po kilku minutach jazdy byl upackany jak niemowlak, bo persimony nie daly sie jesc normalnie trzymajac w reku. Po powrocie do akademika doprowadzila sie do porzadku, ale parenascie godzin pozniej zaczelo go czyscic od srodka ze hej... Madre ksiazki pisza, ze dojrzaly surowy persimon dobrze robi na zatwardzenie, ale spozyty w sporych ilosciach wywoluje rozwolnienie. Ciekawe, ze gotowany z kolei zatrzymuje rozwolnienie... Kandyzowane persimony sa nadziewane orzechami i utartymi z cukrem kwiatami osmantusa (sa to bardzo drobne, najczescie zolte kwiatki, o bardzo intensywnym zapachu, kwitnace jesienia), wygladaja jak niewielkie, okragle placki, i sa sprzedawane na wielu straganach w muzulmanskiej dzielnicy Xi'anu.

Zdjecie - Starszy muzulmanin czytajacy gazete na ulicy - nawet zima lepiej wyjsc na zewnatrz, niz siedziec zamknietym w domu:


Muzulmanie w Xi'anie to dosc zamknieta spolecznosc, trzymajaca sie razem w swojej enklawie 回坊. Maja wielka smykalke do handlu, takze tego drobnego, pracuja ciezko, czesto od najmlodszych lat. Zatrudniani sa czesto nastoletni chlopcy w wieku 12-13 lat, pochodzacy z biednych prowincji z polnconego zachodu Chin (najczesciej Gansu 甘肃 i Ningxia 宁夏); dostaja 70 yuanow (ok. US$10) miesiecznie, plus marne jedzenie; miejsce do spania musza sobie znalezc sami, zwykle gdzies w suterenie. Jesli wlasciciel pozwoli przespac im sie w knajpie na zlozonych stolach, to uwazaja to za wyroznienie. Wstaja o 3 nad ranem, ida kupic produkty do przygotowywania sniadania dla klientow, potem pomagaja w gotowaniu, sprzedaja posilki, potem znow praca w przygotowaniu lunchu, 3 godziny snu, i znow praca, zwykle do okolo polnocy. Praca jest niewolnicza, chlopcy sa czesto traktowani przez wlasciciela bestialsko, nic dziwnego, ze to wlasnie wsrod nich szerzy sie przestepczosc. Wladze patrza na sprawe przez palce, bo kwestia mniejszosc narodowosciowych - szczegolnie tych wyznajacych Islam - zawsze byla delikatna (czeste konflikty miedzy natywnymi Chinczykami - Hanami - a chinskimi muzulmanami), a poza tym - jak mowi stare powiedzenie - w za czystej wodzie ryby zyc nie moga 水至清则无鱼.

Zdjecie - Placki z nadzieniem warzywnym lub warzywno-miesnym smazone sa na poczekaniu:


LUDZIE...

...na polnocy Chin wyraznie roznia sie od tych na poludniu. Wiekszosc poludniowcow jest szczupla i drobna, natomiast Chinczycy z polnocy sa wyraznie wieksi, roslejsi. Do tego maja inne rysy twarzy, i mocno uogolniajac mozna powiedziec, ze ci z polnocy wygladaja bardziej "klasycznie". Chinczycy z polnocy odnosza sie do poludniowcow raczej pogardliwie, czasami nazywajac ich "drobnymi zlodziejaszkami" 瘪三 (to okreslenie szanghajskie, ale przyjelo sie juz w calym kraju) ze wzgledu na rachityczny wyglad i falsz w spojrzeniu... Podczas moich pobytow mialem okazje ogladac wiele scenek ulicznych, i rozmawiac ze znajomymi z Xi'anu.

Zdjecie - Placki Mo w dwoch rozmiarach - wieksze do nadziewania, mniejsze do rozdrabniania:


Przede wszystkim potrafia oni wypic, naprawde. Ogolna opinia o Chinczykach jest taka, ze potrafia sie upic niewielka iloscia alkoholu (jest taki dowcip z broda - opowiada student: "kupilismy butelke piwa na trzech a potem juz nic nie pamietam"...). Ponoc nawet naukowcy zauwazyli, ze Chinczykom brakuje jakiegos enzymu rozkladajacego alkohol, stad mala jego dawka zwala ich z nog. Moje obserwacje jednak sa zupelnie inne. Mieszkancy Xi'anu potrafia wypic, i to duzo. Preferuja smierdziuche powyzej 50 stopni (slaby alkohol uderza do glowy z opoznieniem, wpada sie pod stol zanim czlowiek sobie uswiadomi, ze ma dosc - tak mi tlumaczono). Pija malymi kieliszkami, ale duzo, zaczynajac od ogolnego toastu, a potem pijac kazdy z kazdym, albo kilku z jednym. Znajomy opowiadal, ze jeden z jego przyjaciol uwielbia wodke, kiedys upil sie mocno, wyszli z knajpy, a on po kilkunastu krokach zaczal wymiotowac. Jak go zapytali, czy jest jeszcze pijany, to odpowiedzial, ze w 80%. Po chwili znow go wzielo, ale na to samo pytanie odpowiedzial, ze w 60%... Inny pil az do krwotoku z zoladka. To wszystko obala mit o niemogacych wypic Chinczykach.

Zdjecie - Muzulmanska knajpa - w srodku serwuje sie pierozki w kwasnej zupie, a na zewnatrz sprzedaje slodkie co-nieco - placki persimonowe:


Kolejna rzecz - sa skorzy do bitki. Bylem swiadkiem sytuacji, gdy dwoch facetow siedzialo obok siebie na chodniku, i mialo czyszczone buty przez pucybutow. Nagle ni stad ni zowad jeden ryknal na drugiego, drugi rzucil w niego wiazanka, obaj wstali, po czym jeden nagle ruszyl na pierwszego i strzelil go w twarz. Tamten nawet sie nie zachwial, zaczal na pierwszego dalej rzucac bluzgi, pierwszy chyba stracil troche rezonu, wyciagnal komorke i zaczal dwonic po pomoc (wowczas dolaczylem do tlumu gapiow, zeby posluchac, o co poszlo): "Wez trzech ludzi i przyjezdzajcie szybko, nie zapomnijcie wziac giwer" (带三个人快过来,别忘带东西). Mysle sobie, bedzie jatka, ale drugi jak to uslyszal, to szybko odszedl, zlapal takse na rogu i odjechal... Sytuacja zupelnie jak z filmu.

Zdjecie - uliczni pucybuci - w takim miejscu bylem swiadkiem bojki:


Wyjezdzajac z Xi'anu autobusem na lotnisko widzialem podobna sytuacje - taksowkarz cos tam mruknal po nieudanym lapaniu klienta na kurs do lotniska, klient to uslyszal, ruszyl na tamtego, ryknal na niego, ale taksowkarz polozyl uczy po sobie, zaczal patrzec na boki i usmiechac sie glupio (taki usmiech to u Chinczykow oznaka zaklopotania).

Zdjecie - makaron mozna robic w rozny sposob, takze wyciskac w takich drewnianych szczekach:


Kolega opowiadal, ze do bijatyk dochodzi czesto, sam wielokrotnie bral w nich udzial. Raz ze znajomym ze szkoly byli w centrum handlowym. Doszlo do pyskowki z robotnikami sezonowymi, jeden z robotnikow uderzyl znajomego, ten jak poczul krew, to opanowala go furia, chwycil za os od roweru, i zdzielil z calej sily najblizszego napastnika; tamten zalal sie krwia i osunal nieprzytomny na ziemie (zasada jest taka, ze w przypadku potyczki z duza iloscia napastnikow, nie nalezy bic sie ze wszystkimi, ale wybrac mozliwie slabego i okaleczyc go, w ten sposob zniechecajac pozostalych do walki). Przyjechala wezwana przez obsluge sklepu policja, zabrala kolege, jego znajomego i grupe robotnikow na komisariat. Oficer spojrzal na mojego kolege i powiedzial: "Widac od razu, ze z ciebie ladne ziolko". Nagle zadzwonil telefon, oficer wyszedl na chwile, po czym wrocil i zwrocil sie do robotnikow: "Jestescie spoza Xi'anu, nie wiecie, ze jego mieszkancy mowia dosc ostro, ale to u nas normalne, i wcale nie oznacza, ze sie kloca z kims." "A wy" - tu zwrocil sie do kolegi i jego znajomego - "musicie zaplacic po 200 yuanow za zaklocanie porzadku". Chlopaki zaplacili, robotnicy wyszli, a gdy drzwi sie za nimi zamknely, oficer... oddal im pieniadze! Okazalo sie, ze w miedzyczasie kolega zadzwonil do znajomego, ktory jest szefem lokalnego oddzialu odpowiednika naszego ZOMO 武警 w Xi'anie, a ten natychmiast skontaktowal sie z komendantem posterunku, i sprawa zostala zalatwiona. Chlopaki wyszli z posterunku, a tam czekali na nich robotnicy z przeprosinami, mowiac "jestesmy zamiejscowi, nie chcemy miec klopotow tutaj, zebralismy razem 400 yuanow, prosze, wezcie je na zgode."

Zdjecie - Prazenie orzechow w goracym piasku - calosc mieszana jest w specjalnej mieszarce:


Ta historia, opowiedziana mi przez bohatera wydarzen, przy okazji dobrze ilustruje sile prawa w Kraju Srodka... Nic wiec dziwnego, ze gdy w zeszlym roku pewien chlop spod Xi'an domagal sie sprawiedliwosci, posunal sie do wziecia autobusu australijskich turystow jako zakladnikow, zadajac w zamian spotkania z komendantem policji w miescie. Sytuacja ta skonczyla sie tak, jak wszystkie podobne - zastrzeleniem terrorysty przez snajpera.

Wracajac do bijatyk - tego typu sytuacje raczej nie maja miejsca na poludniu - owszem, zdarzaja sie pyskowki, ale rzadko kiedy dochodzi do rekoczynow. A jesli w ogole, to zwykle kobieta oklada faceta...

Zdjecie - Muzulmanin sprzedajacy chalwe (w czerwonych papierkach):


Kierowcy w Xi'anie jezdza bardzo szybko i w ogole maja pieszych gleboko. Nie jest to rzadkosc, kulturalnych kierowcow w Chinach mozna na palcach policzyc. W Szanghaju przyzwyczailem sie do "wymuszania" pierwszenstwa podczas przechodzenia na pasach na zielonym swietle (taksowki zwykle scinaja przed przechodniami, lub wolno wjezdzaja miedzy nich na pasy, szczegolnie gdy skrecaja i maja warunkowe zielone swiatlo). W Xi'anie tez tak probowalem, i kilka razy doslownie otarlem sie o smierc, by w koncu kumpel kategorycznie nie zakazal mi tego zachowania. Zreszta podczas mojego krotkiego pobytu w Xi'anie zdarzyla sie cala seria wypadkow, w tym jeden szczegolnie tragiczny, gdzie ciezarowka "Wyzwolenie" 解放 wjechala na grupke dzieci jadacych do szkoly na rowerach, zabijajac 4 z nich; kierowca uciekl z miejsca wypadku. Policja zaoferowala 100tys. yuanow nagrody dla osoby, ktora pomoze go znalezc (NB w dzisiejszej gazecie wlasnie przeczytalem, ze kierowca oddal sie w rece policji).

Miasto lezy na szlaku z dzikiego zachodu Chin na wschod, takze szlakach przewozu narkotykow, stad tez przestepczosc jest duza, szczegolnie nalezy uwazac na okolice dworca kolejowego, ktore wsrod mieszkancow miasta maja zla slawe. Cudzoziemcy, ktorzy w Chinach moga czuc sie raczej bezpiecznie, rowniez padaja ofiarami napadow - znajomemu z Niemiec przed dworcem dwoch wyrostkow zabralo walkmana (to byla polowa lat 90tych) pod grozba uzycia noza.

Xi'an ma swoja atmosfere, ciekawa historie, mnostwo zabytkow, na ktorych pelne zwiedzenie potrzeba lat, a dodatkowo Starbucksa z darmowym internetem. Ma ciemne i jasne strony, jak kazde miejsce, ale da sie lubic.

Szczegolnie za to jedzenie...