Pokazywanie postów oznaczonych etykietą guqin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą guqin. Pokaż wszystkie posty

2 kwietnia 2009

Mądrość Wschodu

Podczas ostatniego naszego pobytu w Gorach Tiantai jak zwykle w ostatni dzien poszlismy do Swiatyni Czystego Panstwa - dlatego, ze znajduje sie ona 100m od hotelu i mozemy po zwiedzeniu szybko wziac manatki i pojechac na dworzec autobusowy by bez problemu zdarzyc na autobus powrotny do Szanghaju.

Swiatynie bardzo lubimy, ma poltora tysiaca lat i specyficzna atmosfere, nie mowiac o malowniczym usytuowaniu i calej plejadzie znanych mistrzow Buddyzmu, takze swietych (ktorym przypisywano naludzkie moce), ktorzy w niej mieszkali. Nie jest dla nas wielkim problemem nawet to, ze w swiatyni jest mnostwo ludzi - glownie dlatego, ze wyjezdzamy z Tiantai zwykle w niedziele, a w weekendy jest zawsze duzo turystow.

Mam nadzieje, ze w koncu opisze swiatynie, jakos ostatnio w nawale wszystkiego nie udalo mi sie zabrac do powazniejszej pracy nad blogiem. Wina za to nalezy obciazyc mojego nauczyciela Guqina, ktory uczy nas nowego, bardzo dlugiego i bardzo trudnego utworu, ktorego tytul w wolnym tlumaczeniu brzmi "Bez Ukrytych Zamiarow" 鸥鹭忘机.

Okreslenie Wangji 忘机 jest terminem taoistycznym, ktory oznacza czysty, klarowny umysl, nie poruszony zadnymi pragnieniami, bez pozadan czy ukrytych zamiarow.

Utworu ten inspirowany jest opowiescia, jaka mozna znalezc w rozdziale o Zoltym Cesarzu 皇帝 w taoistycznym klasyku Liezi 列子. Otoz na brzegu morza zyli ojciec i syn. Syn bardzo lubil mewy, i kazdego dnia o swicie szedl na plaze bawic sie z ptakami, ktore gdy tylko go zobaczyly natychmiast przylatywaly calymi stadami. Gdy ojciec dowiedzial sie o tym, powiedzial do syna: "Slyszalem, ze mewy lubia ciebie, moze bys zlapal dla mnie kilka do zabawy?". Nastepnego dnia syn jak zwykle poszedl z rana na plaze, z mysla, by zlapac mewy, ale te o dziwo krazyly wysoko nad jego glowa i zadna nie zblizyla sie do niego.
Chinczycy zawsze zauwazali wielka sile umyslu. Jesli zamysl zostal odebrany przez mewy, to jak duzy jest wplyw mysli na nas samych?

W kazdym razie utwor jest dlugi, trwa ponad piec minut, gesty zapis nutowy zajmuje 3 strony w ksiazce, wiec dzien w dzien siedze nad Guqinem i cwicze - przez co pisanie bloga jest zaniedbywane. W tym tygodniu nie mam lekcji z okazji chinskiego swieta zmarlych 清明节, ale Duza M ma dodatkowy dzien wolny i oczywiscie jedziemy znow na Niebianskie Tarasy...

A wracajac do swiatyni - podczas obu pobytow oczywiscie musielismy spedzic sporo czasu w przyklasztornej ksiegarni, gdzie zaopatrzylem sie w kolejne kilka kilogramow makulatury. Jak zwykle rowniez Mala M musiala koniecznie dostac jakas ksiazeczke - sama je sobie wybierala na podstawie koloru okladki i grafiki na niej. Wybrala dwie - jedna zielona z bambusami, a druga rozowa z kwiatem lotosu. Najzabawniejsze, ze obie ksiazeczki sa naprawde ciekawe - szczegolnie zielona, ktora jest zbiorem madrosci buddysjkich autorstwa Mistrza Lotosowy Staw (Lian Chi) 莲池大师 pod tytulem "Luzne Zapiski pod Bambusowym Oknem" 竹窗随笔.


Mistrz Lian Chi uwazany jest za patriarche osmej generacji buddyjskiej szkoly Czystej Ziemi 净土 i jednego z czterech najwybitniejszych mistrzow chinskiego buddyzmu dynastii Ming (1378-1644). Urodzil sie w 1535 w Hangzhou 杭州 w bogatej rodzinie arystokratycznej. W dziecinstwie pobieral tradycyjne nauki konfucjanskie. Pewneg dnia w wieku 17 lat uslyszal, ze mieszkajaca obok sasiadka w podeszlym wieku wypowiada codziennie tysiace razy imie Buddy, i zaciekawiony zapytal o przyczyne. sasiadka powiedzial: "Moj maz codziennie recytowal imie Buddy, i gdy nadeszla w koncu smierc, zmarl spokojnie, bez zadnych chorob i cierpien, stad wiem, ze recytowanie imienia Buddy daje wielka moc." Lian Chi poruszony, zdal sobie sprawe, jak wazne jest przejscie z zycia do smierci, i zainteresowal sie naukami Czystej Ziemi. Niedlugo potem zmarli jego rodzice, co jeszcze bardziej skierowalo Lian Chi ku buddyzmowi. W rezultacie w wieku 32 lat zdecydowal sie rozstac z rodzina i zostac mnichem. Po wstepnym okresie nauk za siedzibe wybiera sobie Swiatynie Wsrod Oblokow 云栖寺 w Hangzhou. Okolice swiatyni byly nekane przez tygrysy, ktore atakowaly i zabijaly ludzi, ale po modlitwach Lian Chi tygrysy nie pojawily sie wiecej. W kolejnym roku nadeszla kleska suszy, i chlopi zwrocili sie do Lian Chi z prosba o pomoc. Ten wyruszyl wraz z pozostalymi mnichami na obchod pol, uderzajac w drewniana kolatke (Drewniana Rybe 木鱼) i recytujac imie Buddy. W chwile pozniej zaczal padac rzesisty deszcz dokladnie w tych miejscach, ktore obchodzil mistrz.

Zdjecie: Mistrz Lian Chi (Lotosowy Staw) (1535-1615):


Po tych wydarzeniach imie Lian Chi stalo sie slawne, a nauki szkoly Czystej Ziemi zyskaly bardzo wielu wyznawcow. Po smierci siodmego patriarchy Mistrza Xingchang 省常大师 przez ponad 550 lat Czysta Ziemia nie cieszyla sie popularnoscia, i dopiero Lian Chi na nowo przywrocil swietnosc tej linii buddyzmu, ktorej nauki glosza, ze poprzez recytowanie imienia Buddy Amitaby czlowiek w chwili smierci zostanie wprowadzony do Zachodniej Szczesliwej Krainy.

W szostym miesiacu 1615 roku Lian Chi poczul, ze nadchodzi smierc, udal sie wiec do miasta i pozegnal sie z przyjaciolmi, po czym powrocil do swiatyni, gdzie udzielil ostatnich nauk mnichom. Pierwszego dnia siodmego miesiaca Mistrz Lian Chi powiedzial: "Jutro odejde". Wieczorem poczul sie nieco slabiej, udal sie wiec do swej celi, gdzie usiadl do medytacji z zamknietymi oczyma. Nastepnego dnia wieczorem, rzekl do czuwajacych przy nim mnichow: "Uczciwie recytujcie imie Buddy, nie dajcie sie zwiesc demonom, nie lamcie ustalonych przeze mnie regol klasztornych", po czym zwrocil sie twarza ku zachodowi i recytujac imie Buddy zmarl. Mial wowczas 81 lat. Pochowany zostal na zboczach Gory Pieciu Oblokow 五云山.

Nauki Mistrza Lian Chi maja wyrazne zabarwienie Chan/Zen, mowi sie, ze to on wlasnie polaczyl obie odmiany uzupelniajac je wzajemnie.

Ponizej dwie anegdoty w moim tlumaczeniu pochodzace z "Luznych Zapiskow pod Bambusowym Oknem":

"W nauce wazna jest koncentracja"

Mi Yuanzhang powiedzial: "Uczac sie kaligrafii nalezy poswiecic sie jej calkowicie, jesli chce sie osiagnac sukces nie powinno sie miec zadnych innych rozpraszajacych zainteresowan". Ja sam slyszalem kiedys, ze mistrzowie Guqina uczyli swoich uczniow tylko 2-3 utworow, az ci w pelni zrozumieli ich tajniki. Choc nie sa to wielkie slowa, to mozna je odniesc do spraw wielkich. Budda w swoim testamencie powiedzial: "Jesli umysl w pelni sie skoncentruje, wowczas nie ma rzeczy, ktorej nie moglby sprawic". Zatem jesli ktos rozprasza sie na wiele rzeczy, wowczas w zadnej nic nie osiagnie. Jesli bedziemy postepowac z pelnym oddaniem i koncentracja, wowczas bardzo szybko osiagniemy Samadhi. Wszyscy ci, ktorzy medytuja i recytuja imie Buddy, powinni o tym pamietac.

Nota: Mi Yuanzhang 米元章 to wspomniany tutaj slawny mistrz kaligrafii Mi Fu 米芾.

"Podejscie"

Ludzie roznie reaguja, gdy przed ich oczyma pojawi sie bogactwo, piekna kobieta, slawa lub korzysc. Zrobie tutaj porownanie ogniska i pieciu roznych substancji polozonych przy nim. Pierwsza to siano, jak tylko zetknie sie z ogniem, natychmiast ogarnia je plomien. Druga to drewno na opal, choc nie zapali sie od razu, to wystarczy dmuchnac kilka razy i zapala sie. Trzecia to zelazo, ono w zetknieciu z ogniem nie zapala sie, ale jesli jest w kontakcie z ogniem dostatecznie dlugo, w koncu topi sie. Czwarta to woda, nie tylko, ze nie pali sie, ale moze ugasic ogien. Jednak gdy umiesci sie ja w czajniku, wowczas rozgrzana wrze i wyparowuje. Piata to pustka, nie ma formy ani ksztaltu, wiec bez wzgledu, jak wielkim ogniem sie by jej nie traktowalo, nie dozna ona zadnego uszczerbku, nie trzeba gasic ognia, on w koncu sam sie wypali i zgasnie. Z tych pieciu, pierwsi to zwykli ludzie, posredni trzej to ci, ktorzy osiagneli rozne stopnie zaawansowania w praktyce buddyjskiej, w kolejnosci od plytkiego do glebszego. Tylko ostatni poziom to ten, ktorego doswiadczyc moga tylko buddowie i swiatobliwi.

10 marca 2009

Niebianskie Tarasy 天台山 po raz kolejny - z muzycznym prologiem

Duza M miala wolny piatek w zeszlym tygodniu, i zastanawialismy sie, co z tym fantem zrobic. Ja uczucia mialem mieszane - akurat w te 3 dni byl koncert Young Knives, w sobote lekcja Guqina, z w niedziele koncert rockowy z okazji Dnia Kobiet... Imprez sporo, a ja ostatnio choruje na muzyke. Co wiecej lalo kolejny tydzien, i wszystko wskazywalo na to, ze bedziemy szwedac sie jak zmokle kury po jakichs zadupiach, a to w sumie watpliwa przyjemnosc. Zrobilismy narade rodzinna i stwierdzilismy, ze jednak wolimy wyjechac poza Wielkie Zle Miasto (czytaj: Szanghaj) niz co wieczor meczyc sie, bo sasiedzi pod nami znow beda wrzeszczec do nocy grajac w ping-ponga tak, ze cala chata sie trzesie. Zarezerwowalem wiec hotel w Tiantai'u, kupilem bilety na autobus w czwartek, dziewczyny dostaly przykazanie, zeby w srode sie spakowac (ja wychodzilem na koncert, a jakze!) i byc pod szkola o 17:00, gdy po nie podjade.

Podjechalem, czekaly, taksa nas zabrala do metra (bo w szczycie bysmy pewnie na dworzec autobusowy jechali z godzine, a autobus mielismy o 18:07), wyskoczylismy z niej, ale zrzedly nam miny, bo do automatycznych kas kolejki (ten szczyt...), automaty tylko na bilon, a ja mialem do za malo, kolejka po bilon jeszcze dluzsza... Zaklalem szpetnie pod nosem na pecha, widocznie nie dane jest nam wyjechac, ale Polak potrafi, podszedlem wiec do kiosku z gazetami i ze zniewalajacym usmiechem poprosilem sprzedawczynie i wymiane banknotu na bilon. Baba byla jednak odporna, powiedziala, ze bilonu nie ma. Coz, poprosilem wiec o gazete i dalem jej 2 dychy, zadajac reszty w bilonie. Tym razem baba zaklela i zaklinajac sie, ze nie ma bilonu, wydala mi go cala garsc. Kupilem wiec bilety, wsiedlismy do metra, pchajac przed soba ciezka walizke wypchalem przestrzen w zatlocznym wagonie dla obu M i siebie. Potem jeszcze tylko bieg dlugimi podziemnymi korytarzami ze stacji metra na dworzec, kontrola - przeswietlanie - bagazu (obowiazkowa nie tylko na lotniskach, ale takze na dworcach autobusowych i kolejowych) i jestesmy w poczekalni cale 15 minut przed odjazdem. Jeszcze szybka wizyta w tualecie (kible kucane nad rowem, w ktorym co pewnien czas regularnie przeplywa woda wyplukujac wszystko i czasami zraszajac gole siedzenia klientow o kiepskim refleksie, ktorzy nie zdaza przed fala podniesc sie), pakujemy walize do bagaznika, siadamy, gleboki wydech, ruszamy.

Po chwili zrobilo sie dosc duszno - kierowca wlaczyl ogrzewanie, okien otworzyc nie mozna, bo pojazd klimatyzowany. Jedziemy dosc szybko, jest fajnie, bo kierowca jakos nie wlacza zadnego wideo (jak wlaczaja, to najczesciej na full, i po godzinie czy dwoch czlowiekowi glowa peka od halasu - choc Chinczykom on jakos nie przeszkadza, wyjatkowo na halas odporni sa, to pewnie przez ten proszek, ktory im sie w uszach wydziela - my mamy tzw. miod, a oni suchy proszek). Niestety po chwili odwracam sie i widze, ze Duza M cos mocno zbladla, pytam sie, co sie stalo, a ona mowi, ze od tego fetoru zbiera jej sie na wymioty, i pokazuje za siebie. Rzeczywiscie, pasazer za nia zdjal buty i polozyl giry na oparciu siedzenia przed soba - czyli tego, na ktorym siedziala Duza M. Ja zrobilem lekki wdech przez nos, i rzeczywiscie, o malo mnie nie obalilo, cos jak zdechly zaplesnialy szczur w szambie, ktorego nikt dawno nie otwieral. Obok mnie jechal zastepczy kierowca, zorientowal sie, ze cos nie tak, mowie mu, ze zone ten dziwny zapach 怪味儿 przyprawia o mdlosci, facet zorientowal sie, zapalil swiatlo i ryknal na klienta siedzacego za Duza M, zeby zakladal buty, bo smierdza mu kulasy potwornie. Klient polozyl uszy po sobie i poslusznie zalozyl nowe biale krasowki (jak mowia Rosjanie - czyli adidasy) z powrotem na nogi. Pamietam, ze nascie lat temu tez kupilem sobie takie obuwie w Pekinie, i tez mi stopy protestowaly, choc chyba nie tak mocno. W kazdym razie jesli smierdzace nogi sa oznaka prawdziwego mezczyzny, to za Duza M siedzial superman.

Obok nas siadl jakic gosc, ktory przyszedl specjalnie z tylu autobusu, by pogadac sobie z biala malpa, ktora gada po ludzku (czyli chinsku). W sumie okazal sie kulturalny, zagail rozmowe zadajac serie standardowych pytan - skad jestesmy, co robimy i ile zarabiamy - tak sie zastanawiam, czy to nie sa przypadkiem pytania z kwestionariusza tutejszej UBecji. Potem zaczal dopytywac sie o uczelnie w Londynie - do ktorego wybiera sie jego ukochany jedynak na studia. O uczelniach londynskich wiem mniej niz on, wiec mu wiele pomoc nie moglem, ale polecilem Oxford i Cambridge. Potem rozmowa przeszla na Tiantai i jeg atrakcje. Facet okazal sie dobrze zorientowany w tym, co turyscie ma do zaoferowania jego rodzinna ziemia. Najpierw powiedzial nam, ze znajdujaca sie na skalnej scianie w Dolinie Niesmiertelnych olbrzymia kaligrafia, ktora jest przypisywana slawnemu kaligrafowi Mi Fu 米芾 (1051-1107, zwanemu "Szalonym Mi", jednemu z czterech najwybitniejszych kaligrafow dynastii Song 宋朝 960-1279, ekscentrykowi i milosnikowi kamieni, ktory uznal jeden szczegolny okaz kamlota za swojego brata, i klanial mu sie z szacunkiem naleznym starszemu), nie jest prawdziwa, ze to po prostu falsyfikat. W sumie nic zaskakujacego w kraju, w ktorym nawet wielkie przedsiebiorstwa zaczynaly od robienia podrobek. Ponoc 70% antykow sprzedawanych na aukcjach w Chinach to falsyfikaty - bardzo popularny jest program TV, w ktorym eksperci oceniaja autentycznosc przedmiotow kupionych w domach aukcyjnych przez telewidzow, a prowadzacy za pozwoleniem tych ostatnich niszczy je rozbijajac mlotkiem. NB w Chinach podrabiano wszystko od wiekow - nawet Guqiny, ktore byly nie tylko instrumentami, ale rowniez obiektami porzadania kolekcjonerow. Tak naprawde czesto trudno jest ocenic wiek instrumentu, bo nawet wspolczesne robi sie ze starego drewna, liczacego sobie 500 i wiecej lat. Stad tez bardzo trudno jest ocenic wiek instrumentu na podstawie wieku drewna. Na szczescie - i nieszczescie jednoczesnie - tworcy instrumentu pozostawiali na nim swoje podpis, kolejni wlasciciele rowniez czesto pisali na nich (dokladniej - na ich plaskiej podstawie; Guqin zrobiony jest z dwoch kawalkow drewna, dolny jest plaski i symbolizuje ziemie, gorny natomiast okragly i symbolizuje niebo) poematy, ktore podpisywali imieniem i nazwiskiem. Stad tez na podstawie tych napisow 落款 mozna dojsc do tego, kiedy dany instrument byl wykonany. Z drugiej strony czesto napisy te tez sa podrabiane... Swoja droga jesli przypatrzec sie roznym dyscyplinowm sztuki chinskiej, to wielki nacisk kladziony jest na technike, a ta rozwija sie - np. w kaligrafii - kopiujac tysiace razy dziela znanych mistrzow. Kopiujac do tego stopnia, ze czesto bardzo trudno jest ocenic czy dany znak zostal napisany przez mistrza, czy tez cwiczacego ucznia. Podobnie jest z malarstwem, wielu znanych chinskich artystow - wliczajac w to slawnego Zhang Daqiana 张大千 - w mlodosci dorabialo kopiujac dziela dawnnych mistrzow. O kungfu nie chce juz wspominac, bo kazdy wie, ze najbardziej typowa forma cwiczenia to zmudne powtarzanie jednej techniki tysiace razy. Oczywiscie mamy XXI wiek, i malo kto ma cierpliwosc, by tak sie katowac, i byc moze wlasnie dlatego tak trudno znalezc prawdziwych mistrzow...

W kazdym razie chinska kultura i nauka tradycyjnych sztuk oparte sa na nasladownictwie, kopiowaniu. Tylko niewielu potrafi poprzez te metode osiagnac moment, w ktorym ilosc przemienia sie w jakosc - jak mowi przyslowie "Gdy wody jest dostatecznie duzo, tworzy sie kanal" 水到渠成 - i gdy sztuka przestaje byc nabyta, wyuczona umiejetnoscia, gdy przestaje sie byc rzemieslnikiem, a staje artysta. Gdy nie potrzebne sa juz okowy konwencji, a umiejetnosc staje sie czescia ludzkiej natury, znajdujaca odbicie w kazdym ruchu i gescie.

Przejazd minal szybko, w 4 godziny dojechalismy do Tiantai. Wyszismy z autokaru, na zewnatrz padalo niestety. Ob razu obskoczyli nas taksowkarze oferujac swoje uslugi, zaczalem wiec targi - zadajac, by zawiezli nas za sume mniejsza, niz wg licznika. W koncu jeden zgodzil sie, biorac doatkowo jedna pasazerke. Oczywiscie podczas jazdy zaczely sie rozmowy, kobieta okazala sie w porzadku, powiedziala, ze ma znajomego pracujacego w parku na szczycie gory Huading 华顶, dala nam swoj telefon i zasugerowala, zeby zadzwonic do niej, jak bedziemy tam jechac, to zalatwi nam wejscie bez biletu...

W 20 minut dojechalismy do hotelu, lubimy go, bo jest czysty i cieply, przyjemnie powraca sie do niego po calym dniu tulaczki w gorach. Nie mowiac o tym, ze zlokalizowany jest doskonale - otoczony przez gory, wsrod lasow, nad strumieniem, po ktorego drugiej stronie znajduje sie slawna Swiatynia Spokojnego Panstwa 国清寺. Meldujemy sie zatem, a tu sie okazuje, ze nie ma zarezerwowanej dwojki, tylko jedynka z szerokim lozkiem. W sumie dalibysmy sobie rade, zwykle zreszta tak robimy, bo w dwojkach czesto lozka sa waskie i dziewczyny spiac razem ledwo sie mieszcza na jednym; w hotelu w Tiantai jednak nie dosc, ze lozka w dwojkach sa szerokie, to jeszcze mozna je wygodnie zsunac razem. W kazdym razie podnioslem raban i zasugerowalem podniesienie bezplatne standartu, czyli umieszczenie nas w budynku nr 3 (ktory jest drozszy od 2, gdzie mielismy rezerwacje) bez doplaty. Dziewczyna zaczela protestowac, ale nie oparla sie sile argumentow, i po kilkunastu telefonach mielismy juz lepszy pokoj za cene gorszego. Pierwsza batalia zostala wygrana. Co wiecej, Duza M zgodzila sie pojechac nastepnego dnia do Doliny Niesmiertelnych 琼台仙谷, niesamowitego miejsca, glebokiej, ukrytej w gorach doliny otoczonej pionowymi skalami; miejsca ktore niestety pierwszy raz Duza M - bojaca sie panicznie wysokosci - odebrala bardzo traumatycznie, ale teraz juz nie protestowala.

Zatem o Dolinie Niesmiertelnych bedzie wkrotce - ale przedtem trzy klipy ze srodowego koncertu. Graly w sumie cztery zespoly, gwiazda byla kapela o dzwiecznej nazwie "Sucker" z ulubionego Xi'anu, ktora gra punka - muzyke ktora stawia mnie na nogi o kazdej porze dnia i nocy. Chlopaki dawali z siebie wszystko, grali jak przystalo na dobra grupa punkowa - nierowno, ostro, halasliwie i rzucali "miesem" - po angielsku niestety...

Mnie sie spodobali, choc poniewaz siedzialem pod glosnikiem, stracilem chyba kilka procent sluchu. Momentami czulem, jak nie tylko podloga drzy, ale takze moje ubranie i zebra. Mialo do rowniez wplyw na kamere - glowica wpadla chyba w drgania i na czesci nagran pojawila sie mozaika.

To pierwszy kawalek - koniecznie nalezy SLUCHAC GLOSNO!


Glosno bylo bardzo, do tego stopnia, ze mimo koncertow w kolejnych dniach ugialem sie pod naciskami Duzej M i zgodzilem na wyjazd, zeby odpoczac od halasu i troche dojsc do siebie.


Jak wspomnialem wyzej, Sucker byl gwiazda programu, ale przed nim zagraly lokalne zespoly podgrzewajac atmosfere na sali. Dwie chinskie kapele wypadly OK, ale na mnie duze wrazenie zrobil zespol The Dropkicks - zlozony z trzech cudzoziemcow mieszkajacych w Szanghaju - francuza (gitara, wokal), japonczyka (gitara basowa) i amerykanina (perkusja). Muzyka psychedeliczna - nie mialem pojecia, ze mozna taka uslyszec tutaj, zawsze mialem wrazenie, ze grajacy cudzoziemcy w Chinach to nieudacznicy, ktorzy gdzie indziej nic nie osiagneli, a tu sie okazuje ze niekoniecznie. Przynajmniej na moje przytepione od tego halasu ucho...

Zreszta niech przemowi muzyka - jeszcze raz podkreslam - trzeba sluchac GLOSNO!

24 lutego 2009

Gdy w Szanghaju pada deszcz...

Od sobotniego wieczora wciaz leje. Temperatury raczej nie przekraczaja 10 stopni, wieje wiatr, w powietrzu czuc wiosne. W niedziele spalismy prawie do poludnia - dzwiek deszczu uderzajacego o szyby zadzialal na nas bardzo usypiajaco. Na osiedlu kwitna juz na czerwono kamelie, krzewy cale w pakach.

Od kilku dni slyszalem przy klimatyzatorze jakies chrupanie. Wiedziony zlymi przeczuciami wolalem sie z tym nie dzielic z Duza M, ale dzis niestety chrupac zaczelo, jak Duza M wrocila z pracy, w mieszkaniu bylo dosc cicho i Duza M uslyszala te dzwieki. Natychmiast wskoczyla na krzeslo, stanela na nim, powiedziala, ze ona sie wyprowadza z tego mieszkania. Poniewaz akurat wybierala sie na zakupy, poprosilem, zeby przy okazji kupila lapke na myszy (tutaj sa takie z klejem, mysz czy szczur wchodzi na nia i przykleja sie dokumentnie). Potem zapytalem Mala M, czy chce miec zwierzatko. Odpowiedzialo mi pelne wdziecznosci spojrzenie. Ostatni szczur niestety wyzional ducha, ale obiecalem, ze jak teraz sie zlapie, to go wykapiemy, kupimy klatke i bedziemy hodowac. Duza M sluchala z przejeciem i powiedziala, ze w takim razie ona na pewno sie wyprowadzi. Rzucilem, ze chyba oknem, bo klatka ze szczurem bedzie stala na korytarzyku prowadzacym do drzwi wejsciowych. Tak dzielilismy skore na niedzwiedziu, a tu znowu zaczelo chrupac. Chcialem otworzyc okno i popatrzec od zewnatrz na stwora, ale okna zakleilem tasma, bo sa nieszczelne (mieszkania w Chinach nie sa praktycznie w ogole izolowane termicznie, a w oknac sa szczeliny, przez ktore wieje wiatr). Tasme odkleilem, i dalej czekalismy w ciszy (Duza M caly czas stala na krzesle). W koncu zaczelo znowu chrupac, otworzylem cicho okno i poswiecilem latarka. I nagle z otworu, przez ktory do mieszkania wprowadzona jest rura od klimatyzatora, wylecial jakis ptak. Kamien spadl mi z serca, bo i Duza M sie uspokila - ostatnio szczur byl w kuchni i musialem sie jadac na zewnatrz, albo sobie sam cos przygotowywac, a do tego mam dwie lewe rece.

Mala M uczy sie wlasnie w szkole dwoch wierszy, wczoraj zakuwala na pamiec wiersz Meng Haorana 孟浩然 - wlasnie o wiosnie. Wiersz zatytulowany jest "Wiosenny Swit" 春晓 (niektore zrodla podaja, ze tytul wiersza brzmi "Wiosenny Sen" 春眠):

春眠不觉晓
处处闻啼鸟
夜来风雨声
花落知多少?

Wiosna jak zwykle przesypiam cale ranki
Dopoki mnie ze snu nie wyrwie spiew ptakow
Noca nadszedl wiatr i deszcz bebnil o szyby,
Ilez na ziemie musial stracic kwiatow...

Powyzej moj dosc wolny przeklad, ale odpowiadajacy i pogodzie (wlasnie zaczelo grzmiec, pierwsza wiosenna burza w tym roku...), i temu ptaszysku, ktore probuje sobie uwic gniazdo w naszym klimatyzatorze, no i oczywiscie tej wiosennej sennosci.

Z ta sennoscia to chyba wszyscy tutaj cierpia, Chinczycy maja nawet powiedzenie dobrze to ilustrujace - "Czlowiek wiosna jest senny, latem bez sily, jesienia ucina sobie drzemki, a w trzy zimowe miesiace w ogole sie nie budzi"...春困夏乏秋打盹睡不醒的冬三月.

W sobote rozpoczalem druga czesc kursu Guqina. Nauczycielem jest - podobnie jak w pierwszej czesci - Pan Cai 蔡. To mlody czlowiek, skonczyl Szanghajska Akademie Muzyczna, ale w klasie Erhu 二胡 (instrument smyczkowy z dwoma strunami i niewielkim pudlem rezonansowym, o lirycznym dzwieku). Jak sam nam powiedzial, Erhu nienawidzi, za to przypadl mu do gustu Guqin, ktory studiowal pod kierunkiem samego Gong Yi 龚一. Cai robi jakies interesy, najwyrazniej z duzym sukcesem, czesto jezdzi to Europy, glownie Hiszpanii i Francji, kupil mieszkanie w centrum Szanghaju w okresie, gdy ceny byly juz zwariowane, jezdzi importowanym samochodem. Uczy tylko dlatego, ze jego nauczycielem i mistrzem jest Gong Yi, ktory prowadzi rodzaj klubu Guqina 琴馆, i m.in. zarabia na organizowaniu kursow instrumentu. Cai jest utalentowany, ponoc wlasnie nagrywa plyte CD. Co ciekawe, nagrywa ja w specjalnym otoczeniu. Dotychczas tego typu nagrania byly dokonywane najczesciej w kosciolach, ewentualnie studiu. Cai zdecydowal sie na zrobienie nagrania w naturalnym otoczeniu gor. Ciekaw jestem, jaki bedzie tego efekt, nigdy nie slyszalem, by ktos wpadl na taki pomysl.
Pierwsza lekcja byla dla mnie tez okazja wziecia mojego instrumentu, by go w koncu naprawic. Po wyjsciu z lekcji bylem dosc zaskoczony, gdy okazalo sie, ze naprawia go Gong Yi. Nie dalo sie naprawic go na poczekaniu, Gong Yi zasugerowal, ze przyjde nastepnego dnia, bo dopiero wowczas bedzie gotowy. Poprosilem, by po naprawieniu pogral na nim troche. Istnieje taka zasada, ze na Guqinie nalezy caly czas grac, gra na nim "karmi" go i polepsza dzwiek. Im lepszy wirtuoz na nim gra, tym lepiej dla instrumentu. Czesto uczniowie kupuja kosztowne instrumenty i oddaja je swoim nauczycielom na pol roku i dluzej, by ci "doszlifowali" ich brzmienie.

W kazdym razie Guqin stoi juz w domu i jego dzwiek drazni uszy dziewczyn...

Po lekcji w sobote wrocilem do domu i po kolacji pojechalem do lokalnego klubu muzycznego Yuyintang 育音堂, ktory znajduje sie w niewielkim budynku w Parku Tianshan 天山公园. To jeden z najdynamiczniej dzialajacych klubow, prezentujacych glownie chinska muzyke rockowa, choc niekiedy na jego scenie wystepuja rowniez zagraniczne zespoly. W sobote byl wystep zespolu A-Z - duetu Su Yong 苏勇 (to byly basista Cold Fairyland 冷酷仙境, ktory w 2008 odszedl od zespolu i tworzy swoja muzyke) i Wu Zhuoling 吴卓玲, dawnej frontwoman i gitarzystki zespolu "Srodowa Ekskursja" 星期三旅行. Wu jest ciekawa postacia, ponoc pojechala na 3 lata do Tybetu, by szukac legendarnej krainy "Shangri-la" - raju na ziemi, miejsca, gdzie nie ma polityki, nie ma wojen, nie ma chorob...

Shangri-la to miejsce opisane przez Jamesa Hiltona w jego ksiazce "Zaginiony Horyzont" (Lost Horizon) w 1933. Mialo znajdowac sie ono w glebokiej dolinie gdzies w zachodniej czesci gor Kunlun 昆仑山 niedaleko Tybetu. Przypuszcza sie, ze Hilton oparl swoje opisy na ksiazkach Josepha Rocka, slawnego badacza wschodniego przedgorza Tybetu i znawcy kultury ludu Naxi 纳西, zamieszkujacego te rejony. Kilka lat temu dla rozwoju turystyki regionu nadano odgornie zdecydowano, ze Shangri-la to rejon Zhongdian 中甸 w polnocnym Yunanie, ale to tylko jedno z wielu mozliwych miejsc, w ktorych mogla znajdowac sie ta mistyczna kraina.



Nie wiem, czy Wu Zhuoling znalazla Shangri-le, pewnie byl to chwyt reklamowy firmy menedzerskiej, by dodac jej postaci tajemniczosci, ale to wlasnie w Tybecie Wu Zhuoling napisala wiele piosenek, tam przetlumaczyla serie ksiazek o Kubusiu Puchatku, tam tez znalazla cisze i natchnienie. Obecna plyta jest szczegolna, koncert byl rowniez sympatyczny, dobrze bylo znalezc sie w malej salce Yuyintangu, siedziec w pierwszym rzedzie przy scenie, sluchac Wu i Su...


A za oknem wlasnie wtedy zaczelo lac...

PS.Przed chwila TV poinformowala, ze obecny luty ma 5 razy wiecej opadow, niz przecietny.

8 grudnia 2008

Yangzhou i Zhenjiang - Dzien 1 - Zlota Gora i Muzeum Guqina

W sobote poznym wieczorem wrocilem z trzydniowego wyjazdu do Yangzhou 扬州. Celem byl udzial w otwarciu Stowarzyszenia Chinskiej Cytry Guqin "Poludniowy Wiatr" 南风琴社 w Yangzhou, a przy okazji zwiedzanie miasta. Ponizej relacja.

Z Shanghaju do Yangzhou mozna dostac sie albo autobusem z dworca poludniowego (przejazd podobno zajmuje ok. 4 godzin), lub - najwygodniej - pociagiem do Zhenjiangu 镇江, a nastepnie autobusem do samego Yangzhou. Przekracza sie przy tym most na Yangzi 长江.

W czwartek dosc wczesnym rankiem bo o 9:15 wyszedlem z domu, szybki przejazd taksowka do metra, oczywiscie nie obylo sie bez pogonienia niemrawego taksowkarza, potem biegiem na metro, dojazd do dworca kolejowego, potem znow bieg do poczekalni. Niestety metro szanghajskie linii 3 i 4 dojezdza do dworca od polnocy, wiec konieczne jest jeszcze przejscie tunelem na strone poludniowa. Mam te trase dobrze opanowana i czas wyliczony, tym razem udalo mi sie byc przed czasem i zdarzyc na pociag (ostatnio niestety cud sie nie zdarzyl i pociag wyjechal punktualnie - jak to zwykle pociagi w Chinach - i nie zdarzylem; tym razem na cud nie liczylem i sie nie przeliczylem...). Pociagi w Chinach dziela sie na kilka rodzajow, z ktorych najszybsze to tzw. CRH (skrot od China Railways Harmony - Chinskie Koleje - Harmonia). Pociagi te jada z predkoscia dochodzaca do 250km/h (trase Pekin-Tianjin laczy kolej o predkosci 350km/h). Sa one bardzo komfortowe, czysciutkie, jazda w nich to prawdziwa przyjemnosc i relaks. Wagony podzielone sa na pierwsza i druga klase - 1wsza zapewnia nie tylko szersze siedzenia, ale rowniez wiecej miejsca na nogi, co przy moim niemalym wzroscie automatycznie determinuje jej wybor. Szczegolnie, ze roznica w cenie biletu miedzy oba klasami na tej trasie wynosi zaledwie Y15. Bilety kupilem dwa dni wczesniej poprzez telefoniczne biuro sprzedazy biletow, ktore za niewielka doplata przynosi bilety tego samego dnia do domu. Rzecz niby drobna, ale bardzo ulatwiajaca zycie.

Zdjecie: Wagony sa komfortowe, pociag bardzo szybki, jazda nim to prawdziwa przyjemnosc:

Przejazd pociagiem uplynal szybko, oczywiscie przy lekturze ksiazki "Zaginiony Swiat Kungfu", w ktorej zostalo mi jeszcze kilkanascie rozdzialow. Zmarly kilka lat temu autor, mistrz stylu Xingyiquan 形意拳 Li Zhongxuan 李仲轩 niezwykle interesujaco opisuje idee "Grzmotu Pioruna" 雷音. Jest to jedna z cech stylu, umiejetnosc bedaca rezultatem lat cwiczen. Gdy Li zapytal swojego mistrza, na czym polega - czy moze na wystraszeniu przeciwnika naglym krzykiem, ten zaprowadzil go do starej swiatyni, kazal polozyc dlon na dzwonie, po czym w niego uderzyl. Li nie zrozumial jednak, co mistrz mial na mysli. Kilka lat pozniej, uczac sie u innego nauczyciela, opowiedzial mu historie z dzwonem, pytajac o wyjasnienie. Ten podal mu kota, i kazal go glaskac. Po chwili kot zaczal mruczec z zadowolenia, a Li wyczul, ze cialo kota wibruje przy tym. "Grzmot Pioruna" to nie nagly huk uderzajacej niedaleko blyskawicy, ale daleki grzmot zwiastujacy nadchodzaca burze. Jest to rowniez cwiczenie pozwalajace na poprawienie pracy organow wewnetrznych.

Po 1.5 godzinie jazdy i przebyciu 240km dojezdzam do Zhenjiangu. Miasto bylo do 1949 roku stolica prowincji Jiangsu 江苏, w tej chwili jest dosc spokojnym, nieco zapomnianym miasteczkiem, znanym jedynie z aromatycznego octu 香醋, nieodzownego w chinskiej kuchni. Wychodze z dworca i natychmiast dopada mnie natretny taksowkarz. Zbywam go szybko - "Czarnymi taksowkami nie jezdze" (czarne to nielegalne, jezdza bez licznika, a te przed dworcami z zasady obdzieraja klientow). W drodze do McDonalda omijam kilku zebrakow, jest ich tu duzo, nadeszla zima, na wsi skonczyly sie prace polowe, wiec co sprytniejsi chlopi wyruszyli do miast w poszukiwaniu latwego pieniadza.

Zdjecie: Daj pieniadze (na McDonalda?) - powitanie na dworcu w Zhenjiangu

Dzis jest bardzo zimno - syberyjski wiatr z polnocy doszedl w koncu do delty Yangzi i obnizyl temperatury o ponad 10 stopni do prawie zera w nocy. Biore goraca czekolade i podejmuje decyzje, by przed przejazdem do Yangzhou zobaczyc slawna Swiatynie Zlotej Gory. Przed dworcem kolejowym jest mala petla autobusowa, zasiegam jezyka w kanciapie dyzurnego, okazuje sie, ze autobus nr 2 jedzie bezposrednio do swiatyni. Wsiadam do pustawego autobusu, ruszamy, przejezdzajac przez srednio zmodernizowane centrum miasta do autobusu wdziera sie silny zapach octu winnego, wiadomo, produkowanego w wielu lokalnych fabrykach. Dalej autobus wjezdza w urokliwe waskie uliczki obsadzone po obu stronach poteznymi platanami. Zabudowane sa one dwupoziomowymi domkami, typowymi dla tego rejonu, gdzie na parterze znajduje sie sklepik, a na pieterku mieszka wlasciciel z rodzina. W sklepach sprzedaz widel i powidel, co pewien czas wielkie parujace plecione kosze z gotowanymi na parze nadziewanymi pyzami, restauracyjki, zaklady fryzjerskie. Tego juz w Shanghaju sie nie zobaczy, ale nieco poza metropolia mozna juz zobaczyc nieco inne Chiny, przeniesc sie w czasie.

Zdjecie: W autobusie z dworca w Zhenjiangu do Swiatyni Zlotej Gory

Autobus w koncu dojechal na malo malownicze obrzeza miasta, ktore w mroznych powiewach wiatru i przy niebie zasnutym ciezkimi szarymi chmurami wydawalo sie jeszcze bardziej ponure. Po drugiej stronie ulicy znajdowala sie chinska brama, prowadzaca do Parku Zlotej Gory, na ktorego terenie oprocz innych atrakcji (jak np. Pierwsze Zrodlo - wg Ksiegi Herbaty 茶经napisanej przez Lu Yu 陆羽 w 8 wieku n.e. dajace najlepsza do parzenia herbaty wode) znajduje sie slawna Swiatynia Zlotej Gory - Jin Shan Si 金山寺.

Zdjecie: Brama do Parku Zlotej Gory

Nie widzac w najblizszych okolicach bramy zadnej kasy dziarsko udalem sie ku bramie, ale na moj widok natychmiast wyskoczylo z niej kilka osob, w tym porzadkowi, by mnie powstrzymac. Zaprostestowalem widzac, jak przepuszczaja kilku innych wchodzacych. Zaczelo sie tlumaczenie, ze to pracownicy, porzadkowi, etc. wiec widzac, ze wejscie na krzywa paszcze nie uda sie, dalem za wygrana i poszedlem kupic bilet. Po wydaniu Y35 wrocilem do bramy, i wszedlem na teren parku. Po lewej stronie trwaly jakies prace renowacyjne, slychac bylo dzwieki pily tnacej kamien, poszedlem wiec jak najszybciej, by uciec od tego halasu. Zaczepiany przez sklepikarki doszedlem do imponujacej glownej bramy swiatyni.

Zdjecie: Brama wejsciowa do Klasztoru Zlotej Gory


Klasztor Zlotej Gory...

...zbudowany zostal w 4 w.n.e. na wyspie polozonej na rzece Yangzi 扬子江, 长江 (na lekcjach geografii nazywano ja u nas Jang-tsy Kiang). Niewielki 40-metrowe wzniesienie na wyspie bylo idealnym miejscem dla postawienia buddyjskiego klasztoru. Klasztor zyskal tak naprawde slawe dopiero dzieki slawnemu mnichowi Fahai'owi 法海 (Morze Dharmy - nauki Buddy), ktory przybyl do swiatyni z polnocy kraju w 8 w. n.e. Zalozyl on pustelnie na terenie opuszczonej wowczas swiatyni i medytowal w jaskini na zboczu wzgorza. Tam tez spalil czesc swojego palca przyrzekajac, ze przywroci swiatyni dawna swietnosc. Niedlugo potem Fahai odnalazl zloto kopiac u podnoza wzgorza, ktorego nie przywlaszczyl sobie lecz przekazal dworowi cesarskiemu. Cesarz w uznaniu dla jego uczciwosci odeslal mu skarb, a Fahai wykorzystal go do odbudowania swiatyni. Klasztor jest jednym z najwazniejszych swiatyn buddyzmu Zen w Chinach, w czasach najwiekszej swietnosc mieszkalo w nim ponad 3 tys. mnichow. Dzis jest nie tylko atrakcja turystyczna miasta ale rowniez miejscem pielgrzymek wyznawcow buddyzmu.

Przed brama kilka osob palilo trociczki i skladalo poklony. Pod olbrzymimi kadzielnicami staly posazki bogini milosierdzia Guanyin i Jigonga 济公 (szalonego mnicha, uwazanego za zywe wcielenie Buddy, jest to bardzo popularna postac w chinskim buddyzmie).

Zdjecie: Figurki Bogini Milosierdzia Guanyin i Jigonga

Nad brama wisiala tablica ze stara nazwa swiatyni - Klasztor Zen Rzecznych Niebios 江天禅寺 - napisany reka cesarza Kangxi, zyjacego na przelomie 17 i 18 wieku swiatlego wladcy i wielkiego protektora buddyzmu, porownywanego niekiedy do Piotra Wielkiego i Ludwika XVIII. Za glowna brama swiatyni znajdowal sie klasyczny Hall Czterech Wladcow Niebianskich z figura Radosnego Buddy Milefo 弥勒佛, ktorego zawsze usmiechnieta korpulentna postac wita przybywajacych pielgrzymow. Po obu stronach pawilonu staly przerazajace posagi czterech niebianskich wladcow 四大天王, natomiast z tylu - ubranego w zbroje Weituo 韦陀, straznika wiary buddyjskiej. Za pawilonem znajdowal sie glowny budynek swiatyni z olbrzymim oltarzem, na ktorym staly trzy posagi buddy, zlote postaci zatopione w medytacji. Przed oltarzem staly w szeregach poduszki sluzace do klekania podczas codziennych ceremonii. Przed wejsciem do glownego pawilonu porozmawialem z jednym z mnichow, ktory stal w drzwiach Pawilonu Goscinnego 客堂.

Wspomnial on, ze swiatynia zyskala slawe jako miejsce kultu buddyjskiego tak naprawde dzieki charyzmatycznej postaci Fahai'a; niemniej przecietnemu chinczykowi kojarzy sie ona ze slawna opowiescia o Bialym Wezu 白蛇传, wg ktorej w swiatyni miala miejsce walka miedzy mnichem Fahai'em i Biala Wezowa Niewiasta 白蛇娘娘. Historia choc fikcyjna, jest w Chinach niezwykle popularna, a wiele postaci i miejsc w niej wymienionych jest autentycznych. Ponoc zainspirowana byla ona autentycznym wypedzeniem przez Fahai'a olbrzymiego bialego weza, mieszkajacego na zboczach gory, ktory szerzyl poploch wsrod okolicznych mieszkancow atakujac ich i raniac.

Zdjecie: Glowny pawilon swiatyni

Po wejsciu do glownego pawilonu moja uwage przykul mnich pilnujacy go, ktory dawal wyklad o buddyzmie starszej kobiecie. Choc lubie jezdzic po Chinach i zwiedzac miejsca kultu religijnego, w centrum moich zainteresowan sa nie budynki czy przedmioty materialne, ale ludzie, zywi przekaziciele wielosetletniej tradycji. Zawsze jest szansa, ze czlowiek natknie sie na osoby zaawansowane w praktykach medytacyjnych, oswiecone. Choc szanse na spotkanie takiej osoby nie sa duze, bo zwykle moze do tego doprowadzic tylko przeznaczenie, to trzeba przeznaczeniu dac szanse. Ja zwykle robie to po prostu pytajac napotkanych mnichow, czy w klasztorze lub jego okolicach mieszkaja oswieceni mistrzowie, lub czy o takich wiedza. Zapytalem o to rowniez mnicha pilnujacego glownego pawilonu w swiatyni. Ten niestety zmartwil mnie - nikogo takiego nie ma w klasztorze. Swiatynia wg niego zatracila swa pozycje jako miejsce praktyk religinych i medytacyjncyh, i stala sie tylko atrakcja turystyczna. Mnich zasugerowal, zebym udal sie do Yangzhou, gdzie jedna ze swiatyn jest niezalezna od lokalnego rzadu, gdzie przeor nie musi klaniac sie pierwszemu sekretarzowi partii, gdzie to przeor decyduje, czy dana osoba moze zamieszkac w swiatyni czy tez nie. Ponoc klasztor ten jest bardzo waznym centrum medytacyjnym, w ktorym przebywaja takze cudzoziemcy, rzadzi sie swoimi prawami a nie dyktowanymi pieniadzem wymaganiami rzadu. To byla dobra wiadomosc dla mnie, kolejny trop na sciezce wiodacej do znalezienia wciaz zywych tradycji praktyk medytacyjnych, z ktorych buddyzm Zen jest tak znany.

Zdjecie: Schody prowadzace na szczyt wzgorza, ku jaskini Fahai'a i pagodzie

Po dlugiej rozmowie udalem sie dalej, powoli wspinajac sie schodami ku szczytowi wzgorza, na ktorym zbudowana byla pagoda Dobroczynnej Dlugowiecznosci 慈寿塔. W miedzyczasie konieczne bylo jeszcze nabycie biletu. Po drodze natrafilem na jaskinie, w ktorej medytowal Fahai.

Zdjecie: Jaskinia, w ktorej medytowal mnich Fahai

Zadziwiajaco ciepla w srodku, miescila maly oltarzyk, za ktorym znajdowal sie posag siedzacego w medytacji mnicha Fahai'a. Jaskini pilnowal starszy mnich, ktory akurat zajety byl naprawianiem buta. Zamienilem z nim kilka slow - jak sie okazalo najwiekszy tlumow pielgrzymow mozna spodziewac sie osmego dnia czwartego miesiaca tradycyjnego kalendarza - w ten wlasnie dzien przypadajac urodziny Buddy Sakjamuniego.


Miejsce bylo szczegolne, jak zreszta wiekszosc, w ktorych pustelnicy spedzili lata na medytacji, dazac ku oswieceniu i poznaniu prawdy. Mnisi Zen znani byli z determinacji - Pierwszy Patriarcha Boddhidharma (Damo, 达摩) spedzil 9 lat twarza do sciany medytujac w jaskini. Jego uczen odcial sobie ramie by pokazac, ze jest zdecydowany na wszystko, by uzyskac oswiecenie. Do dzis wielu mnichow spedza lata w pustelniach w wysokich gorach, lub w celach, odcieci calkowicie od swiata, i medytuje by uzyskac chocby w krotkim przeblysku olsnienia wglad w istote rzeczy.

Zdjecie: Figura Fahai'a w pozycji medytacji, wykonana ponoc przez jego uczniow

Po wizycie w jaskini przeszedlem wyzej, do pawiloniku widokowego, z ktorego wiac bylo okoliczne stawy i jeziora. Wzgorze pierwotnie znajdowalo sie na wyspie, ale ze wzgledu na olbrzymie ilosci mulu, ktory toczy rzeka Yangzi, na poczatku XX wieku polaczylo sie z ladem. Obecnie wokol wzgorza znajduja sie liczne zbiorniki wodne, pozostalosci rozlewiska tej najwiekszej chinskiej rzeki. Obok pawiloniku znajdowal sie kram fotografki - mozna bylo zrobic sobie zdjecie w szacie cesarza na tle pagody.

Zdjecie: Pagoda Dobroczynnej Dlugowiecznosci na szczycie Zlotej Gory

Samo wejscie na pagode bylo dosc rozczarowujace. Nie tylko mrozny wiatr zniechecal do dluzszego podziwiana okolicznych widokow, ale rozczarowaly rowniez zniszczone przez liczne grafitti - pozostawione przez chinskich turystow - sciany budowli. Z zasady chinczycy nie niszcza wlasnosci publicznej, bardzo malo jest w Chinach bezmyslnego wandalizmu, ale akurat ta pagoda najwyrazniej byla wyjatkiem. Nie spedzilem wiec na niej wiele czasu, glod i zimno daly mi sie we znaki, wiec zdecydowalem sie wracac.

Zdjecie: Widok z pagody na okoliczne rozlewiska Yangzi, w oddali widac most na rzece - Wielki Most Runyang

Po drodze zajrzalem jeszcze do przyjaznego mnicha; obok niego siedziala jego leciwa matka, ktora mieszkala w swiatyni razem z opiekujacym sie niac synem. Zostanie mnichem nazywa sie "opuszczeniem rodziny" - Chu Jia 出家. Podczas rozmowy troche wczesniej zapytalem mnicha, czy jest mozliwe opuszczenie rodziny, starszych rodzicow, czy troska o nich nie stoi w sprzecznosci z idea uzyskania pelnego wyciszenia, ktore jest podstawa medytacji. Mnich powiedzial, ze zajecie sie rodzicami jest wazniejsze, i ze on sam wzial pod swoja opieke matke, bo rodzina, ktora miala sie nia zajac, nie wywiazywala sie z tego obowiazku dobrze. W Chinach do dzis cnota posluszenstwa - przejawiajaca sie poprzez opieke nad starszymi rodzicami - jest powszechnie kultywowana, choc postep cywilizacyjne spowodowal, ze czesto niedolezni rodzice oddawani sa do domow spokojnej starosci. Kiedys za takie postepowanie grozily najsrozsze kary, z cwiartowaniem zywcem wlacznie.

Zdjecie: Mnich, ktory podarowal mi ksiazke i podzielil sie wiedza...


Mnich podarowal mi niewielka ksiazke, wg niego przystepne wprowadzenie do buddyzmu i jego nauk, ktora sprawil mi mila niespodzianke. Podziekowalem i po wyjsciu ze swiatyni poszedlem prosto na przystanek autobusowy. Po przyjezdzie pod dworzec kolejowy - spod ktorego odjezdzaja autobusy do Yangzhou - pierwsze kroki skierowalem na McDonalda. Nie mialem czasu ani ochoty na lokalne eksperymenty kulinarne, chcialem szybko cos przekasic i pojechac dalej. Kiedy rozprawialem sie z rybnym hamburgerem, zadzwonil Nauczyciel Ma 马老师. Tak go nazywam z szacunku i uznania, choc jest kilka lat mlodszy ode mnie. Mistrz (to bardziej adekwatne okreslenie) nazywa sie Ma Weiheng 马维衡 i jest nie tylko znanym muzykiem, grajacym na Guqinie (chinska cytra, o ktorej pisalem tutaj), spadkobierca odmiany Guangling 广陵派, ale rowniez jednym z dwoch najwybitniejszych w Chinach rzemieslnikow robiacych recznie te instrumenty. Mowi sie nich jako "Wangu na Polnocy i Ma na Poludniu" 北王南马 - czyli Wang Pengu w Pekinie i Ma Weihengu w Yangzhou.

Powiedzialem, ze zaraz wyjezdzam do Yangzhou, umowilismy sie na telefon, gdy dojade na zachodni dworzec autobusowy. Szybko skonczylem najlepsze zarcie na swiecie i poszedlem do znajdujacego sie obok niewielkiego dworca autobusowego. Kupilem bilet (Y15), i po przepuszczeniu plecaka przez maszyne przswietlajaca (kontrolerka nawet nie zerknela na ekran monitora, bo byla zbyt zajeta pisaniem SMSa), wepchnalem sie w kolejke do autobusu, po czym szybko wkroczylem do srodka pojazdu zajmujac strategiczne miejsce przy oknie.

Zdjecie: SMS wazniejszy od bezpieczenstwa...


Nie byl to moj pierwszy przejazd na tej trasie (drugi), i chcialem jeszcze raz poogladac widoki na Yangzi jadac autobusem przez slawny Wielki Most Runyang 润扬大桥 spinajacy brzegi rzeki i laczacy Zhenjiang z Yangzhou. Most jest wyczynem konstrukcyjnym na skale swiatowa. Zbudowany w ciagu nieco ponad 4 lat i oddany w 2005 roku, ma laczna dlugosc prawie 36km. Jest to most wiszacy, odleglosc miedzy przeslami wynosi az 1490m (to trzeci wynik na swiecie), a wysokosc filarow wynosi 215m, co odpowiada 73-pietrowemu budynkowi. Nazwa mostu pierwotnie brzmiala Zhenyang - od miast ktore laczy - Zhen(jiangu) i Yang(zhou). Poniewaz jednak slowo "zhen" 镇 oznacza "tlumic" i nazwa oznaczalaby by "stlumienie Yangzhou", Jiang Zemin 江泽民, poprzedni prezydent Chin pochodzacy wlasnie z Yangzhou, zmienil nazwe mostu, wykorzystujac dawna nazwe Runzhou 润州, jaka okreslano Zhenjiang. Z jednej strony dano pierwszenstwo Zhenjiangowi, umieszczajac ten znak na poczatku nazwy mostu; z drugiej strony slowo "Run" 润 oznacza "nawilzac/karmic", i nazwe mostu mozna odczytac jako "Karmiacy Yangzhou", co bardzo spodobalo sie mieszkancom tego miasta.

Niestety moje miejsce przy oknie niewiele mi dalo - zapadly ciemnosci, w ktorych nie bylo widac ani rzeki, ani dobrze mostu. Czytalem wiec dalej ksiazke mistrza Li Zhongxuana i po ok. 45 minuach dotarlem do Yangzhou. Po wyjsciu z dworca zlapalem taksowke i zadzwonilem do Mistrza Ma, ktory przez telefon wytlumaczyl taksowkarzowi, jak ma jechac. W kilka minut dotarlem na osiedle, w ktorym Ma ma swoja wille. Jest ono zbudowane na wzor klasycznych domostw chinskich, kazda willa ma 4 poziomy razem z piwnica, maly ogrodek, otoczona jest murem, a samo osiedle przeciete jest nitkami strumieni, przez ktore przerzucone sa lukowate mostki, na wyspach miedzy nimi znajduja sie chinskie pawiloniki. Miejsce bardzo urokliwe, zbudowane z wielkim smakiem, bardzo dostatnio ale bez niepotrzebnego przepychu, idealne na stworzenie klubu milosnikow Guqina. Osiedle jednak jest duze, znalezienie willi Ma zajelo mi chyba z pol godziny. W koncu zauwazylem w jednej z nich palace sie czerwone lampiony, postanowilem wejsc i zapytac sie o Mistrza Ma, wszedlem i okazalo sie, ze trafilem. Ma jest bardzo sympatycznym, wyciszonym czlowiekiem, niezwykle skromnym, niewielkiej postury, sprawiajacym wrazenie nieco zagubionego we wspolczesnym swiecie. Zawsze stojacy gdzies na uboczu, darzony jest w kregach milosnikow instrumentu wielka estyma. Robione przez niego instrumenty nie tylko maja doskonaly dzwiek (Ma udalo sie tak wypracowac technike wykonania, by jego Guqiny mialy dzwiek starozytny 苍古), ale rowniez wykonanie nie tyle doskonale, co pelne niewymuszonej elegancji. Roznia sie one od Guqinow robionych przez Wang Penga z Pekinu, ktore sa idealnie zrobione, a ktorych dzwiek - choc bardzo soczysty - nie ma tej starozytnej nuty.

Ma przywitaj mnie serdecznie, to bylo nasze drugie spotkanie (pierwszy raz odwiedzilem go z Lao Zhangiem w 2007), wszedlem do srodka budynku, w obszernym pomieszczeniu z jednej strony staly na stolikach trzy instrumenty, natomiast na scianach wisialo ich jeszcze kilkanascie. Poza tym pomieszczenie bylo ozdobione kaligrafiami, obrazami, na polkach staly ksiazki o Guqinie i antykwaryczne podreczniki gry na instrumencie. Pomieszczenie bylo wykonczone z wielkim smakiem i elegancja. Ma przedstawil mi jeszcze dwie osoby, siedzace przy ciezkim rzezbionym stole stojacym na srodku pomieszczenia - sekretarza nowo powstajacego stowarzyszenia i swoja uczennice; zapytal mnie rowniez, czy cos jadlem - jak nakazuje chinski zwyczaj. Przyznalem sie, ze jadlem juz, wiec Ma, planujacy pierwotnie zaproszenie mnie do restauracji, zdecydowal sie przygotowac niewielki posilek dla siebie i uczniow w domu. Przedtem jednak zapprowadzil mnie do piwnicy, w ktorej urzadzil wystawe poswiecona Guqinowi. Podczas, gdy ja ogladalem zgromadzone eksponaty, on poszedl do kuchni przygotowywac posilek.

Zdjecie: Ceramiczna figurka przedstawiajaca dame z epoki Tang (7-10 w.n.e.) grajaca na Guqinie


Ekspozycja obejmowala wiele instrumentow - glownie wykonanych przez Ma, ale rowniez starych, bedacych w jego kolekcji. Antyczne Guqiny pochodzily z dynastii Qing (1644-1911) - nie sa one cenione przez muzykow, poniewaz podczas trwania tej dynasti (obcej, bo zalozonej przez Mandzurow, ktorzy najechali Chiny z polnocy) czeste wojny wewnetrzne, walki z obcymi najezdzcami nie sprzyjaly rozwojowi kultury - w tym muzyki. Moge tylko przypuszczac, ze cenniejsze eksponaty Mistrz Ma przechowuje w ukrytym i lepiej strzezonym miejscu.
Na wystawie pokazany zostal rowniez proces wykonywania instrumentu, poczynajac od doboru drewna (najbardziej ceniony jest liczacy sobie setki lat material, z ktorego wykonane byly olbrzymie kolatki - tzw. Drewniane Ryby - w swiatyniach buddyjskich), innych surowcow (rogi jelenii, laka), poprzez kolejne etapy procesu produkcji, az do uzyskania instrumentu o zadowalajacym dzwieku. Poza tym na wystawie znajdowaly sie liczne kaligrafie, figurki - postacie z Guqinem, zdjecia dawnych mistrzow.

Zdjecie: Wystawa Guqinow wykonanych przez Mistrza Ma Weihenga

Po dluzszej chwili sekretarz stowarzyszenia, Mlody Chen 小陈 (tak go nazwalem zgodnie z chinskim zwyczajem jako ze byl mlodszy ode mnie) przyszedl po mnie - kolacja byla gotowa. Mimo ze jadlem wczesniej nie odmowilem sobie przyjemnosc zjedzenia przy jednym stole z Ma i jego uczniami. Na kolacje byl kleik ryzowy (z doskonalego, aromatycznego ryzu), sfermentowany serek sojowy 豆腐乳, kiszone warzywa i jajecznica. Lubie najrozniejsze sojowe produkty, wliczajac w to takze tzw. Cuchnace Doufu (serek sojowy) 臭豆腐, ale na stole pojawil sie rowniez sfermentowany cuchnace serek sojowy 臭豆腐乳. Nie czulem wstretu probujac go, jako ze czesto za smrodliwym zapachem kryje sie doskonaly smak, ale w tym przypadku smak byl rownie obrzydliwy jak zapach i zgnilo-zielony kolor tej potrawy o mazistej konsystencji...

Po kolacji Ma zaproponowal spacer. Chinczycy maja swoje przyzwyczajenia, jednym z nich jest jedzenie raczej skromnych kolacji, po ktorej koniecznie trzeba sie jeszcze przespacerowac. Roznie z tym bywa w duzych miastach, ale w malych miejscowosciach takie zwyczaje sa caly czas kultywowane. Nic dziwnego, ze przecietny Chinczyk jest szczuplejszy i w lepszej kondycji, niz jego zachodni rowiesnik. Zatem mimo zimna wyszlismy - Ma, Mlody Chen i ja - z domu i poszlismy na spacer wokol osiedla. Rozmawialismy przede wszystkim o Guqinie, muzyce na nim. Ma opowiadal, ze nie nalezal do najzdolniejszych uczniow swego mistrza, i to, czego jego koledzy uczyli sie bardzo szybko, on musial cwiczyc znacznie wiecej. To spowodowalo, ze opanowal do perfekcji sposob grania kazdej nuty, kazdego dzwieku. Jak to mowia wolna praca daje dokladniejsze wykonanie 慢工出细活. Ma mowil, ze w szkole gry Guangling, ktorej jest przedstawicielem, muzyka powinna sprawiac wrazenie dochodzacej z daleka, znikajacej w oddali, tak, ze choc dzwiek juz przestal istniec, to sluchajacy ma wciaz wrazenie, ze brzmi gdzies daleko; nastepujacy po nim dzwiek ma wydawac sie kontynuacja poprzedniego tak, ze choc sa to dwa odrebne dzwieki, to jednoczesnie sa one polaczone wewnetrzna struktura melodii. Kazda melodia grana na Guqinie jest zwiazana z jakas historia lub poematem, stad tez grajacy powinien poznac te literacka otoczke muzyki, by moc ja wlasciwie zinterpretowac. Nauczyciel powinien przekazac jakie uczucia (zwiazane z historia, kryjaca sie za muzyka) ma niesc melodia, jak nalezy je oddac, ale ostateczny sposob przekazania emocji nalezy do umiejetnosci grajacego, jego zrozumienia utworu.

Chinczycy sa narodem bardzo praktycznym, i dlugo nie moglem zrozumiec, skad w ich kulturze narodzila sie tak wyrafinowana muzyka i sztuka. Dopiero Ma wyjasnil, ze jest to jedyny sposob przekazania emocji i uczuc. Tylko osoba smutna wie, czym jest smutek, ale mozna to uczucie przyblizyc drugiej osobie wlasnie poprzez muzyke. Jesli tylko sluchacz ma odpowiednie doswiadczenie zyciowe, muzyka moze dotrzec do przezytego przez niego smutku. Zreszta nie tylko muzyka, to samo dotyczy poezji, malarstwa, sztuki w ogole. Jest to forma komunikacji, przekazywania tego, czego nie moga dokonac slowa.

Po spacerze wrocilismy do willi, i Ma zaprosil nas na dol, gdzie obok wystawy znajdowalo sie pomieszczenie ze stolem, krzeslami, dzbanuszkiem do herbaty. Tak wiec przy herbacie sluchalismy Ma grajacego na Guqinie, opowiadajacego o swej drodze do poznania techniki budowy instrumentu; Ma jest rowniez czlonkiem lokalnej trupy opery Kunqu 昆曲, nie tylko opowiadal o tej swojej fascynacji, ale rowniez zaspiewal kilka arii. Kunqu jest bardzo trudna dla odbiorcy forma sztuki. Muzycznie jest lagodna i melodyjna, dominujacym instrumentem akompaniujacym spiewakowi jest flet; problem jest w slowach - choc tradycyjnie sa one wyswietlane, widz musi miec bardzo solidne klasyczne wyksztalcenie, by moc zrozumiec cala game odniesien i porownan, ktore nawiazuja do klasycznych poematow i historii. Kunqu jest przez to znacznie bardziej hermetyczna, niz znaczniej bardziej od niej slawna Opera Pekinska, gdyz w tej ostatniej slowa sa bardzo bezposrednie i zrozumiale dla kazdego.

Zdjecie: W tej salce rozmawialismy - miejsce spotkan milosnikow muzyki na Guqinie

W pewnym momencie zrobilo sie pozno, czas bylo udac sie do hotelu. Poprosilem jeszcze Mistrza Ma o dokladniejsze informacje na temat klasztoru, o ktorym wspominal mi podczas wczesniejszej rozmowy telefonicznej. Ma pokazal mi lokalizacje swiatyni, ale odradzil jej szukanie. Schowana w labiryncie uliczek starego miasta w Yangzhou jest trudna do znalezienia nawet dla jego mieszkancow; Ma powiedzial, ze jego uczen z Tajwanu, ktory co roku spedza w Yangzhou wiele miesiecy uczac sie od Ma, kiedys wybral sie na poszukiwanie swiatyni, ale mimo wielu wysilkow nie udalo mu sie do niej dotrzec. Dla mnie te opowiesci to woda na mlyn - wiec powiedzialem, ze sprobuje, a jesli nie uda mi sie, to zwiedze latwo dostepne zabytki Yangzhou - ktorych w miescie nie brakuje; klasyczne ogrody, stare rezydencje, klasztory, jest tych wartych zobaczenia miejsc za wiele nawet na kilkutygodniowy pobyt.

Ma zarezerwowal mi wczesniej pokoj w hoteu, ale nie wiedzialem gdzie dokladnie. Jak sie okazalo hotel byl blisko osiedla, wiec Mlody Chen i uczennica odprowadzili mnie do niego.

Mlody Chen okazal sie rowniez interesujaca osoba. Wolnego zawodu (fotograf), zainteresowal sie gra na Guqinie nie dawno. Jego glowne zainteresowania to buddyzm i medytacja. Mlody Chen ma mistrza, ktory przekazuje mu tajniki praktyk ezoterycznych. Ponoc mistrz bedac w transie medytacyjnym uzyskuje wskazowki od samego Szostego Patriarchy buddyzmu Zen, Huinenga 六祖慧能 (zyjacego w 7-8 w. n.e.). Mlody Chen interesuje sie rowniez Ksiega Przemian 周易, jest zafascynowany wykladami slawnego Mistrza Nauk Narodowych 国学大师, Nan Huaijina 南怀瑾. Zapytal mnie, czy znam go. Usmiechnalem sie - i wyjasnilem, ze pierwsza ksiazka po chinsku, ktora przeczytalem, byla wlasnie napisana przez Nan Huaijina, i traktowala o medytacji...

Rozmawialismy chyba do pierwszej w nocy. Hotel byl czysty, schludny i niedrogi; maly klimatyzator nie dawal moze wiele ciepla, ale nie przeszkadzalo nam to w rozmowie, ktora trwala chyba do pierwszej w nocy. W koncu pozegnalismy sie - Mlody Chen i uczennica Mistrza Ma pojechali do domow, ja natomiast padlem jak zabity po calym dniu pelnym wrazen...

Druga czesc relacji przeczytasz tutaj:

Yangzhou - Dzien 2 - stare miasto, klasztor Xituolin i Ogrod Bambusow

20 listopada 2008

Stary Zhang, Mistrz Ma i chinska cytra Guqin

Stary Zhang 老张 to moj dobry kumpel, znamy sie co prawda zaledwie od marca zeszlego roku, ale lacza nas wspolne zainteresowania. Razem zglebiamy tajniki gry na starozytnej chinskiej cytrze (tak to nazywa sie z braku lepszego slowa) Guqin 古琴 (wymiawia sie mniej-wiecej "gu-cin"). O Guqinie z pewnoscia bede mial okazje jeszcze wiele razy pisac, ale nie dzis. Zadzwonilem do Lao Zhanga, bo bylem mu winien Y150 - Lao Zhang jeszcze w sierpniu kupil dla mnie i siebie bilet na koncert Guqina w wykonaniu Gong Yi 龚一. Gong Yi znamy dosc dobrze, bo nie tylko, ze jest on nauczycielem i mistrzem naszego pierwszego instruktora gry na Guqinie, Nauczyciela Cai 蔡老师, to wielokrotnie bywalismy w nalezacym do niego guqinowym klubie Dziewiec Odlamow 九派. Gong Yi uwazany jest za jednego z najwybitniejszych wirtuozow instrumentu, i Lao Zhang zalatwil bilety w pierwszych rzedach, zebym wszedl z kamera i nakrecil wszystko z bliska, a to mialoby nam pozwolic na zaanalizowanie techniki gry mistrza. Taki rodzaj szpiegostwa artystycznego. Ja na koncercie bylem, Lao Zhang nie, bo musial wyjechac na delegacje do Xinjiangu 新疆 (prowincja na zachodnich rubiezach kraju). W kazdym razie sumienie mnie ruszylo i zadzwonilem do Lao Zhanga. To serdeczny gosc podchodzacy do zycia z dystansem, wymienilismy aktualnosci, Lao Zhang powiedzial, ze Dai Xiaolian 戴晓莲 (znana mistrzyni Guqina z Shanghaju) otworzyla swoj klub Guqina 琴馆 gdzies kolo Parku Zhabei, w budynku rynku hurtowego z herbata. W przyszlym tygodniu mamy sie zdzwonic i pojsc tam, no i w koncu bede mogl wyrownac dlug wobec Lao Zhanga. Na tym skonczylismy rozmowe.

W trakcie rozmowy wspomnialem Lao Zhangowi, ze planuje zadzwonic do Mistrza Ma i dowiedziec sie, czy zamowiony przeze mnie w zeszlym roku w listopadzie instrument jest juz gotowy. Mistrz Ma jest jednym z dwoch najwybitniejszych lutnikow specjalizujacych sie w recznym wykonywaniu Guqinow, jest tez swietnym muzykiem i wykonawca opery Kunqu 昆曲. Nie zastanawiajac sie dlugo chwycilem za telefon i zadzwonilem do Ma. Pamietal mnie na szczescie, przypomnialem mu o instrumencie, potwierdzilem, ze chodzi o obrobke powierzchniowa bez sztucznych spekniec (spekana farba na powierzchni Guqina jest charakterystyczna dla starych instrumentow i dodaje im wartosci, wiec wspolczesni lutnicy czesto sztucznie ja odtwarzaja na nowych wyrobach - mnie na tym akurat nie zalezalo). Jesli chodzi o ksztalt - a Guqiny wystepuja w najrozniejszych ksztaltach, to bylem troche w kropce, Ma powiedzial, ze z tego co pamieta, to byl to typ Zielonej Lilii 青莲. Ja nie bylem pewien, musze mu jutro to potwierdzic.

Na zdjeciu - Guqin o ksztalcie Zielonej Lilii:



Poprosilem, by instrument byl szeroki, bo gdy jest zbyt waski wowczas odleglosci miedzy strunami sa male i gra sie trudno, szczegolnie cudzoziemcowi z duzymi lapami. Ma powiedzial ze rozstaw strun mozna zmienic, nie jest to klopot. Szerszy Guqin musi byc jednak dluzszy, konieczne jest zachowanie proporcji, ani niski grubasek ani wysoki chudzielec nie wydaja sie przeciez proporcjonalni.

Przy okazji zapytalem Ma, czy w Yangzhou 扬州 w ktorym mieszka, znajduja sie swiatynie buddyjskie. Podczas wizyty na Putuoshanie miasto to zostalo wspomniane podczas jednej z rozmow, stad moje pytanie. Ma powiedzial, ze jest ich bardzo wiele, ale wiekszosc dosc zabrudzona Czerwonym Pylem 红尘 (okreslenie dotyczace nie-klasztornego zycia w spoleczenstwie); jest natomiast zenski klasztor polozony daleko od gwaru miasta, w ktorym mieszka i medytuje stara mistrzyni ze swoimi uczennicami. Ma obiecal zabrac mnie tam.

Ciekaw jestem, czy to wlasnie ta mistrzynie miala na mysli przypadkowo napotkana na Putuoshanie mniszka?

Ma wspomnial rowniez, ze 6 grudnia otwiera swoje muzeum Guqina, ja wprosilem sie na impreze, zawsze to okazja do poznania ciekawych ludzi, posluchania muzyki, poglebienia wiedzy.

Prawdopodobnie pojedziemy tam z Lao Zhangiem, bo Duza M obawia sie, ze Mala M bedzie miala w ta sobote polska szkole.