8 czerwca 2009

Cos zupelnie innego

Tydzien temu wrocilismy z kolejnego pobytu w Gorach Tiantai, i jakos nie moge zabrac sie do spisania wrazen. Jestem sfrustrowany tym, ze chinczycy po zablokowaniu Youtube zablokowali Blogspot. Oznacza to, ze nie mam bezposredniego dostepu do mojego bloga, tylko musze na niego wchodzic stosujac triki - zwykle posluguje sie programem Hotspot Shield; program ten pozwala na anonimowe surfowanie, i pierwotnie zostal stworzony z mysla o bezpieczenstwie osob korzystajacych z bezplatnego dostepu do sieci w publicznych miejscach. Niemniej program ten niezle sluzy rowniez nam, zamknietym za chinskim Wielkim Murem, blokujacym dostep do wielu websajtow niewygodnych dla chinskiego rzadu. Niestety, oznacza to wciaz wyskakujace jakies reklamy, otwierajace sie z nienacka okna przegladarki, obciazony procesor, etc. Slowem - bol w pewnej szlachetnej czesci ciala, gdy chce sie zobaczyc to, czego tutejsza wadza nie chce pokazac swoim obywatelom.

Wszystko zaczelo sie od wydarzen w T7becie w zeszlym roku - zamieszek, powstania. W tym roku w kolejna okragla rocznice tzw. "pokojowego wyzwolenia T7betu" zablokowano Youtube. T7bet to wrazliwy punkt w swiadomosci prezydenta panstwa. Nie tak dawno rozmawialem ze znajomymi, chinczykami, ot takie tam rozmowy chinczykow przy kolacji. Wiadomo, jak sie wypije troche, to wczesniej czy pozniej rozmowy schodza na tematy polityczne - tej miejszej polityki - typu ten kiedys dostal po porach od tamtego, a udaje, ze jest wielkim mistrzem kungfu. NB mam jednego Shixionga 师兄 ("starszego brata" w kungfu, czyli ucznia mojego mistrza o dluzszym stazu, niz ja), ktory bardzo sie afiszuje swoimi umiejetnosciami, pojawia na wszystkich wiekszych imprezach, pokazach,etc. Kiedys doszlo do bijatyki - nie chcial w barze karaoki zaplacic rachunku, wiec wlasciciel wyslal kilku zbirow, ktorzy go ostro obili; nie trzeba pisac, ze w kregach kungfu stracil twarz, ale okazalo sie, ze wyciagnal potem od wlasciciela baru mnostwo kasy tytulem odszkodowania, wiec z kolei w innych kregach zyskal niezla renome...

Rozmawialismy tez o wiekszej polityce. W Chinach kazdy rzadzacy stara sie po sobie cos zostawic. Mao Zedong wiadomo - zamienil Chin w kraj komunistyczny, pozostawil po sobie wielkie mysli, spisane w slawnej Czerwonej Ksiazeczce 毛泽东思想. Deng Xiaoping, Wielki Architekt, wprowadzil kraj na droge rewolucyjnego otwarcia na swiat, i spowodowal potezny rozwoj gospodarczy panstwa. Pozostala po nim teoria bedaca fundamentem tych zmian 邓小平理论. Z kolei Jiang Zemin pozostawil po sobie teorie "Czterech Reprezentacji" 四个代表, ktora ma udawadniac, ze partia komunistyczna reprezentuje wszystkie sily narodu. Co pozostawi po sobie obecny prezydent? Trudno powiedziec. Chinczycy nie szanuja Jiang Zemina. Uwazaja ze tak naprawde niczego wielkiego nie dokonal - no bo z konkretow wprowadzenie Chin do Swiatowej Organizacji Handlu (WTO) nie jest wyczynem na miare tych, ktorymi poszczycic sie moga jego poprzednicy. Chinczycy sa wsciekli na Jianga za jego slabosc - kiedy amerykanie "przypadkiem" zbombardowali chinska ambasade w Belgradzie, Jiang w podczas pobytu w USA gral na Erhu i sie glupio smial. Obecny prezydent jest inny. Hu Jintao podczas wizyty w USA odmowil przejazdu ulicami, wzdluz ktorej ustawili sie protestanci. Postawil warunek, ze pojedzie na jakies tam wazne spotkanie dopiero wtedy, kiedy amerykanie usuna protestujacych. No i Jankesi w koncu sie ugieli, zapewnili Hu spokojny przejazd, Hu postawil na swoim. Hu zostal podobno wybrany do najwyzszych wladz przez samego Deng Xiaopinga, jako mlodzian rokujacy wielkie nadzieje. Znajomi twierdza, ze Hu byl dowodca wojska stacjonujacych w T7becie. Kiedy zaczely sie tam zamieszki chyba jeszcze w latach 80tych, Jiang nie do konca wiedzial, jak sobie z nimi poradzic. Ponoc Hu powiedzial na spotkaniu z Deng Xiaopingiem, zeby zostawic sprawe w jego rekach, dac mu pelna wladze decyzyjna w tej sprawie, ze on to zalatwi. No i zalatwil. Jak wiesc gminna niesie, wojska kierujace sie rozkazami Hu spacyfikowaly kilka wsi, ktore popieraly powstancow. Po wsiach i ich mieszkancach nie zostalo ani sladu. Dengowi spodobalo sie, narodowi zreszta tez. Stalin, Hitler to postaci bardzo tu szanowane - nie, nie za ludobojstwo, ale za to, ze uczynily ze swoich krajow prawdziwe imperia. Twardzi, nieustepliwi, bezpardonowi. Stad Hu jest lubiany, bo tez ponoc taki jest. Jianga nikt nie szanuje, Gorbaczowa na przyklad zreszta tez, bo przeciez doprowadzil do rozpadu imperium ZSRR.

Niewykluczone, ze te informacje o Hu to tylko plotki, ze nic takiego sie nie przydarzylo. Ze po prostu narod chce miec silnego wodza, takiego samego, jak chocby slawny Qinshihuang, pierwszy chinski cesarz, ktory podbil szesc krolestw i stworzyl wielkie imperium. Tylko niech narod nie zapomina, ze dynastia Qin, ktora zapoczatkowal tenze Qinshihuang, trwala tylko kilkanascie lat, a jedna z tego przyczyn byl polityczny zamordyzm (vide: zakopanie zywcem konfucjanskich uczonych) i panowanie tylko jednej slusznej ideologii...

Mnie polityka nie interesuje, ale jak tu nie byc nia sfrustrowanym, gdy przez nia nie mozna swobodnie ogladac glupich klipow na Youtube czy wejsc na wlasny blog.

A mialo byc o fascynujacym wyjezdzie na Tiantai... Nastepnym razem.

12 maja 2009

Stary znajomy...


Zdjecie powyzej: Szczyt Wielkiej Bialej Gory Taibaishan

Najpierw cofniecie sie w czasie.

To bylo gdzies w roku 1995, gdy jeszcze poslusznie pracowalem na garnuszku w firmie handlowej, wyrwalem sie na kilka dni w ramach urlopu na swieta zachodnia gore Huashan 西岳华山. Po calonocnej jezdzie pociagiem, o 4:30 wysiadlem na malym, brudnym dworcu kolejowym, spod ktorego zabral mnie rozklekotany busik, i po godzinie powolnej jazdy po wyboistej drodze dowiozl pod gore. Gora jest niesamowita - niemal pionowe skaly, wyrastajace nagle i pnace sie do nieba, by zginac gdzies w chmurach czy mglach. Gora nie jest wysoka, liczy nieco ponad 2 tysiace metrow npm, ale wsrod pieciu slawnych gor taoistycznych slynie z niebezpiecznych podejsc, przejsc wzdluz pionowych skal po chwiejacych sie deskach, gdzie tylko lancuchy daja jakie-takie poczucie bezpieczenstwa. Oczywiscie z mysla o paniusiach w szpilkach zbudowano wyciag na Polnocny Szczyt gory, ale gdy ja stanalem przed brama, prowadzaca na szlak, wyciagu jeszcze nie bylo.

Wejscie na gore bylo bardzo mozolne. Schody bardzo wysokie, niekiedy majace po 70cm wysokosci; niekiedy zamiast schodow byly wglebienia w skale, i wspinalo sie po lancuchach. Zaczalem wspinaczke ok. 7:30 rano, a wszedlem na gore poznym popoludniem. Obszedlem wszystkie szczyty gory, w tym jej wierzcholek, w koncu zdecydowalem sie zatrzymac na noc w niewielkim hoteliku na Wschodnim Szczycie. Jak sie okazalo, hotelik graniczyl ze stara swiatynia taoistyczna, wszedlem wiec do niej, przywitaj mnie mlody mnich kolo dwudziestki. Zaprosil mnie na herbate do swojej celi, zaczelismy rozmowe, ktora potoczyla sie do poznej nocy, a zakonczyla wspolna medytacja. Rozmawialismy o jego decyzji zostania mnichem. Powiedzial mi, ze pracowal w pubie na poludniu Chin, widzial i pieniadze, i zepsucie, i pustke rozrywek, ktore mozna sobie kupic za pieniadze; pewnego dnia postanowil rzucic to wszystko, i przybyl na Huashan, zeby oddac sie medytacji. Znalazl sobie opuszczona jaskinie - ta sama, ktora 800 lat wczesniej wydrazyl Hao Datong 郝大通, jeden z Siedmiu Mistrzow taoistycznej szkoly Calkowitej Rzeczywistosci. W tej jaskini przezyl caly rok, przede wszystkim medytujac. Zycie tam bylo trudne - bez zrodla wody trzeba bylo gromadzic deszczowke; zima doskwieral mroz, latem - upal i skwar. Po roku pod naciskiem lokalnego stowarzyszenia taoistycznego zaopiekowal sie swiatynia na szczycie. Jak sam powiedzial, bez mistrza i prawdziwego przekazu czlowiek tylko bladzi, ale jest na to przygotowany, i nie ma zamiaru porzucic Drogi ani zalowac swej decyzji. Ma jednak nadzieje, ze mistrz pojawi sie, i bedzie choc troche mogl zblizyc sie ku idealowi niesmiertelnego.

Spotkanie z mnichem, mlodszym ode mnie chlopakiem, ale jednoczesnie bardzo dojrzalym, i o niezwyklych aspiracjach, wywarlo na mnie duze wrazenie. Przede wszystkim uswiadomilo, ze w Chinach wciaz sa zywe tradycje pustelnicze, tradycje medytacji i dazenia do niesmiertelnosci.

Nastepnego dnia zrobilismy sobie wspolnie zdjecie (musze je znalezc, jest gdzies w skrzyni), chlopak dal mi jeszcze wskazowki, jak dojsc do jaskini, w ktorej medytowal, pozegnalismy sie, i juz nigdy potem nie spotkalismy.

Zdjecie: Swiatynia taoistyczna na szczycie Wielkiej Bialej Gory, najwyzszego szczytu Gor Zhongnan:


Rok czy dwa lata pozniej spotkalem w Xi'anie sympatyczne mlode malzenstwo z USA. Oni planowali wejscie na Huashan, dalem im kilka wskazowek, jak dojechac pod gore, jak wchodzic na nia. Poprosilem rowniez, zeby pozdrowili ode mnie znajomego mnicha. Podczas gdy oni pojechali na Huashan, ja udalem sie do Jaskini Smoczej Bramy 龙门洞 w powiecie Long 陇县 (miejsce, gdzie medytowal slawny Qiu Chuji 丘处机, zalozyciel sekty Smoczej Bramy). Po kilku dniach spotkalismy sie znowu w Xi'anie - jak sie okazalo mnicha nie znalezli, nie potrafili tez powiedziec, co sie z nim stalo.

Ale wracajac do terazniejszosci. W zeszly wtorek polecialem do Kantonu, na jeden dzien do pracy. Kontrola towaru, rozmowy, negocjacje. W samolocie studiowalem jeszcze materialy przygotowujace mnie do inspekcji, w koncu skonczylem i dla zabicia czasu siegnalem po CAAC Inflight Magazine, kolorowe czasopismo linii lotniczych. Ku wielkiemu zaskoczeniu, wsrod reklam Patek Philippe, Omegi i Tissot znalazlem artykul zatytuowany "W poszukiwaniu Taoizmu w Gorach Zhongnan" 寻道终南山. W ktoryms z wpisow w blogu wspominalem juz o tych gorach - polozone niedaleko Xi'anu, byly od tysiacleci miejscem, do ktorych na odosobienie udawali sie mnisi buddyjscy i taoistyczni, by w pustelniach wsrod niedostepnych gor oddawac sie medytacji i praktykom alchemii wewnetrznej. Najbardziej chyba znanym pustelnikiem w Gorach Zhongnan byl Pusty Oblok 虚云法师, ktory spedzil tam wiele lat. Pusty Oblok napisal pamietnik, ktory stal sie dla wielu swoista biblia; w nim tez opisal zdarzenie zapadniecia w gleboki trans medytacyjny. Otoz pewnego dnia postanowil ugotowac na posilek fasole, a ze ta gotuje sie dosc dlugo, by nie marnowac czasu Pusty Oblok siadl do medytacji. Po chwili z transu wyrwalo go pukanie do drzwi pustelni - to w odwiedziny przybyli jego znajomi, mnisi zyjacy w znajdujacych sie nieopodal pustelniach 茅棚. Pusty Oblok bardzo sie ucieszyl, i zaprosil ich do wspolnego posilku. Jakiez bylo jego zdziwienie, gdy okazalo sie, ze nie tylko, iz ogien w palenisku wygasl, ale fasola w garnku byla pokryta gruba warstwa plesni. To, co wydawalo mu sie chwila, bylo w rzeczywistosci kilkunastoma dniami...

NB czesto mowi sie o tym, jak dlugosc zycia ludzkiego zostala przedluzona dzieki postepowi nauki i medycyny, ze zyjemy znacznie dluzej, niz nasi przodkowie. Tylko dlaczego wydaje sie nam, ze czas biegnie bardzo szybko, przecieka przez palce, ze zanim obejrzymy sie, mija wiele lat? Swego czasu czytalem artykul chinskiego badacza alchemii wewnetrznej, ktory twierdzil, ze subiektywnie odbierane nasze zycie niekoniecznie jest dluzsze od tego ludzi zyjacy 100 czy wiecej lat temu; ludzi, ktorzy kalendarzowo zyli od nas krocej o 10 czy 20 lat. Wina za to obarczal pospiech cywilizacyjny, ilosc rozrywek i pokus, ktore na nas czyhaja.

Ale wracajac do tematu. Gory, kiedys omijane z braku odpowiedniej infrastruktury turystycznej, staly sie miejscem wielu pielgrzymek glownie mlodych ludzi, po wydaniu w Chinach w 2006 roku chinskiego przekladu ksiazki Billa Portera "Road to Heaven", w ktorej autor opisuje swe spotkania z mnichami w Gorach Zhongnan.

Artykul opisywal wlasnie spotkanie z mnichem taoistycznym, zyjacym w gorskiej pustelni. Im dalej czytalem artykul, tym szerzej otwieraly mi sie oczy - ze zdziwienia i zaskoczenia. Jak sie okazalo, mnich mial okolo 40 lat, pochodzil z poludniowych Chin, gdzie w miescie Zhuhai pracowal jaka menedzer pubu. Porzucil prace, udal sie na gore Huashan, po czym po kilkuletnim pobycie tam zaczal studia w Akademii Taoistycznej w Pekinie. Studiow jednak nie ukonczyl, zdecydowal sie zaszyc w gorach i oddac medytacji...
Czyzby byl to ten sam mnich, ktorego spotkalem na Huashanie 15 lat temu?

Zdjecie: Dzikie i surowe Gory Zhongnan - w prawym gornym rogu najwyzszy szczyt, Taibaishan, z malenka kropka taoistycznej swiatyni:


NB ksiazke Billa przyslal mi T z Seattle kilka lat temu, i przeczytalem ja jednym tchem. Wowczas narodzila sie idea, zeby pojechac w Gory Zhongnan. Pierwszym podejsciem bylo wejscie na ich najwyzszy szczyt, ktorego Billowi nie udalo sie zdobyc, jako ze wowczas byl to teren zamkniety. NB szczyt jest zamkniety do dzis, wejsc na niego mozna tylko za specjalnym i trudnym do zdobycia pozwoleniem, ale mysmy przekupili straznikow marnymi 100 yuanami, i jako jedni z pierwszych cudzoziemcow weszlismy na liczacy sobie - bagatela - 3768m npm wierzcholek. Na jego szczycie znajduje sie - jakzeby inaczej - swiatynia taoistyczna. Nie spotkalismy jednak zadnych pustelnikow, choc widzielismy kilka jaskin medytacyjnych. Wejscie na Wielka Biala Gore 太白山 zasluguje na odrebny wpis, wiec nie bede sie tutaj rozwodzil.

W tym roku zima, podczas pobytu w Xi'anie, odwiedzilem Palac Osmiu Niesmiertelnych 八仙宫, a tam - tez przez ciekawy zbieg okolicznosci - zgadalem sie z mnichem, z ktorym - jak sie okazalo - bylismy "bracmi" cwiczacymi ten sam odlam Taijiquan. Mnich zaoferowal sie byc moim przewodnikiem po Gorach Zhongnan. To cenna pomoc w kraju, gdzie znajomosci moga otworzyc drzwi normalnie zamkniete (choc moga te otwarte rowniez zamknac...)

Zdjecie: "Brat" w Taijiquan, i moze przyszly przewodnik po Gorach Zhongnan:


W kazdym razie artykul w czasopismie zrobil swoje. Mam wiecej niz jeden powod, zeby w koncu udac sie na poszukiwanie Taoizmu w Gorach Zhongnan...

PS.Stare zdjecia robilem na kliszach, wiec ten wpis ilustruje tylko zdjeciami Wielkiej Bialej Gory z czerwca ub r. Nawiasem mowiac banner u gory bloga to zdjecie wykonane rowniez podczas tamtej wyprawy.

17 kwietnia 2009

Tajemnicze zakatki Niebianskich Tarasow 天台山 - Gory Dziewieciu Szczytow 九遮山


Zanim wzialem sie za opisanie poprzedniego pobytu w Gorach Tiantai, znow tam pojechalismy, i jak wczesniej, miejsce obdarowalo nas nowymi wrazeniami, jakich sie nie spodziewalismy.

Jadac tam, wiedzielismy, gdzie skierujemy nasze kroki - w Gory Dziewieciu Szczytow 九遮山. Bylismy tam ostatnim razem, i miejsce nas calkowicie zauroczylo. Zadnych turystow, zadnych prawie pojazdow, tonace w mglach gory o fantastycznych ksztaltach, krystalicznie czyste strumienie, rozrzucone swiatynie taoistyczne i buddyjskie.

Zdjecie: Gory o dziwnych ksztaltach, tarasy owocowe, gaje bambusowe, brak ludzi, stanowia o pieknie Jiu Zhe Shan:


Gory nazywaja sie Gorami Dziewiec Szczytow - to moje dosc wolne tlumaczenie nazwy Jiu Zhe Shan, ktora literalnie oznacza Gory Dziewieciu Przeslon. Jest to wlasciwie dolina, ktorej srodkiem wije sie Strumien Herbacianych Wzgorz 茶山溪. Strumien zakreca dziewiec razy omijajac stojace mu na drodze gory. Przerzucone sa przez niego mosty, a w samej dolinie leza starozytne wioski. W centrum kazdej wioski rosna wielkie, liczace ponad 1000 lat drzewa, ludzie sa zyczliwi i goscinni. Na dnie doliny, po obu stronach rzeki, znajduja sie pola herbaciane i sady owocowe, czesc gor porosnieta jest gajami bambusowymi. Krajobraz naprawde jak z bajki.

Zdjecie - Z okazji chinskiego Swieta Zmarlych - Czystosci i Jasnosci Qing Ming Jie 清明节 - lokalni mieszkancy jedza nadziewane pierogi w zielonym ciescie 青饺 - slowo "Czystosc" 清 i "Zielony" 青 wymawia sie tak samo:


W pierwszy dzien pobytu wstalismy wczesnie, szalona taksowkarka swym zaniedbanym rumakiem z piskiem opon zawiozla nas na dworzec autobusowy w Tiantai, i po chwili znalezlismy sie w busiku do Jietou 街头镇. Kierowca mial ciezka noge do gazu i udalo nam sie zdazyc na autobus o 11:00 jadacy z miasteczka dalej w gory. Autobus byl pelny, stalismy, jechal jednak dosc szybko i w 20 minut i za 7 yuanow w sumie dojechalismy do petli, ktora znajduje sie w wiosce Mingtang 明堂. Autobusem jechalo sporo starych znajomych - m.in. mniszka Jingcheng z Jasnego Klifu (ktory jest po drodze), i jedna z kobiet tam mieszkajacych. Poznaly nas, chcialy ustapic Malej M miejsce, ale ta szczypala sie i wolala jechac na stojaco. Ja w niedzyczasie zasiegalem jezyka od wspolpasazerow. Wszyscy byli zgodni, ze najbardziej dzikim miejscem w okolicy jest wioska Xueshang 雪上, lezaca w wysokich gorach, trudno dostepna i obecnie nie zamieszkana. Ponoc by dotrzec do niej trzeba isc nad glebokimi przepasciami waska, stroma sciezka, na ktorej czesto wyleguja sie weze. Slyszac to wszystko swiecily nam sie oczy z zainteresowania, choc zdawalismy sobie sprawe, ze taka wyprawe w dzikie, niedostepne tereny trzeba bedzie zostawic na kiedy indziej.

Po wyjsciu z autobusu poszlismy dalej droga, NB bardzo porzadna asfaltowka. Bylismy wsrod gor, po obu stronach drogi przyciagaly oczy swieza wiosenna zielenia tarasy z sadami i zagajnikami bambusowymi.

Zdjecie: W drobnym, cieplym wiosennym deszczu krajobraz Jiu Zhe Shan prezentowal sie bajkowo:

Jeden taki zagajnik przyciagnal nasza uwage, jako ze roslo tam mnostwo olbrzymich pedow bambusowych.

Zdjecie: Po obu stronach strumienia rosna geste gaje bambusowe:


Przyznam szczerze, ze takie pedy widzialem wczesniej tylko na rynku warzywnym, nigdy w naturze. Zeszlismy z Mala M, zeby porobic zdjecia, a ja postanowilem kopniakiem sprawdzic wytrzymalosc pedu. Ku naszemu zdziwieniu zlamal sie jak zapalka, wiec "wykopalem" jeszcze jego sasiada. Duza M dala mi worek foliowy, zapakowalismy zdobycz do plecaka, bedzie na kolacje. Postanowilismy, ze damy pedy do ugotowania szefowej w naszej ulubionej knajpie, jeden dla nas, a drugi dla niej w ramach zaplaty za fatyge...

Zdjecie: W bambusowym gaju rosly olbrzymie pedy bambusow, przysmak mieszkancow Kraju Srodka:

Szlismy dalej, siapil drobny, cieply deszczyk, szczyty gor ginely we mgle, ptaki szalaly, kwitly drzewa i krzewy, a swieza zielen niemal razila w oczy. Robilem zdjecia, ale wygladaja dosc nienaturalnie, tak, jakby kolory byly podkecone. Spacer asfaltowka, choc wygodny, wkrotce nam sie znudzil. Mieszkajac w miescie probujemy zawsze uciec od cywilizacji, wiec nie zastanawiajac sie dlugo zrobilismy skok w bok od drogi, przeszlismy po kamieniach przez rwacy strumien i dalej wzdluz jego brzegu. Szlismy, szlismy, zachwycajac sie otaczajaca przyroda i krajobrazem. Wiadomo, miastowi... W koncu sciezka zwezyla sie i stopniowo zaniknela, zrobilo sie dosc slisko i trzeba bylo zaczac myslec o powrocie na druga strone strumienia, blizej drogi. Mala M uwielbia babrac w wodzie, a ostatnio w podobnej sytuacji budowaly z Duza M most, wiec ochoczo zabrala sie do wrzucania kamieni do wody i budowania przeprawy. Duza M jej pomagala, bo ten most byl rzeczywiscie potrzebny, jako ze nie chcialo nam sie wracac do wczesniejszej przeprawy. Ja poszedlem do przodu szukac jakiejs alternatywy, w koncu znalazlem wezsze miejsce, wrzucilem kilka wiekszych kamlotow i jakos sucha noga przeszedlem przez strumien.

Zdjecie: Ja w tym miescie przeszedlem na druga strone strumienia, podczas gdy dziewczyny dalej budowaly swoj most:

Poszedlem jego druga strona z powrotem do dziewczyn, ktore juz konczyly swoja budowle. Duza M wlasnie podnosila jakis duzy kamien, gdy nagle opuscila go ze strachem. Pod glazem lezala zwinieta w klebek jaszczurka z niebieskim ogonem. Zwierze nieszkodliwe, ale biorac pod uwage, ze w gorach mozna napotkac jadowite weze (w tym takze kobry) zabawa z podnoszeniem kamieni do najbezpieczniejszych nie nalezy. Na szczescie wczesna wiosna zwierzeta sa jeszcze ospale, wiec zlapalismy jaszczura i po krotkiej sesji zdjeciowej wypuscilismy na wolnosc.

Zdjecie: Jaszczurka zwinieta w klebek smacznie spala pod kamieniem, ktory Duza M odsunela, zeby zbudowac mostek przez strumien:


Pomoglem dziewczynowm, ktore przeszly na moja strone strumienia. Mala M byla zachwycona, bo nabawila sie w wodzie i zebrala mnostwo kamykow do butelki. Wrocilismy jednak do drogi, i nagle uslyszelismy szum wody. Niewielka sciezka weszlismy w znajdujacy sie po lewej stronie drogi gaj bambusowy, za ktorym z olbrzymiej skalnej sciany spadal z halasem wodospad.

Zdjecie: Wodospad kolo bambusowego gaju:


Droga wkrotce nieoczekiwanie skonczyla sie... Poszlismy za instynktem dalej, wchodzac w kolejna, waska doline, na dnie ktorej plynal strumien. Minelismy kamienny domek polozony obok niewielkiej grupy mogil (Chinczycy tradycyjnie chowaja zmarlych na rodzinnych cmentarzyskach lub w miejscu korzystnym geomantycznie, na posiadlosci zmarlego) znajdujacych sie na stoku.

Zdjecie: Kamienny domek obok malego cmentarza:


Szlismy dalej, okolica robila sie corac bardziej dzika, nie widac bylo zadnych sladow czlowieka, no moze z wyjatkiem czegos, co wygladalo na koleiny po czolgu... Zrobilo sie bardzo cieplo, dolina miala specyficzny mikroklimat, okoliczne gory nie dopuszczaly wiatru, do tego wilgoc sprawiala, ze czulismy sie jak w saunie.

Zdjecie: Dzika dolina, ciepla i wilgotna:

Szlismy wolno, bez celu, odurzeni natura. Kiedys Duza M bardzo narzekala na nasze zycie w Chinach mowiac, ze w kraju mozna wyjechac na zielona trawke, na lono natury, a w Chinach trudno takie miejsca znalezc, bo wszedzie sa smieci albo smarki. Te ostatnie pobyty jednak zmienily jej negatywne podejscie, a ten spacer byl momentem przelomowym.

Zdjecie: Pomiedzy kamieniami w dolinie chodzily wielkie pajaki:


Pozniej strumien, wzdluz ktorego szlismy gdzies zniknal, weszlismy w szeroka doline pokryta glazami, z lezacymi w nieladzie pniami i szczatkami drzew. Miejsce bylo dosc dziwne, zadnej sciezki, zadnego przejscia.

Zdjecie: Szeroka dolina...


Czas plynal nieublaganie, zawrocilismy wiec, po drodze zaskoczeni - zauwazylismy ul pieczolowicie schowany pod wielkim glazem. Wyobraznia dzialala na pelnych obrotach, Duza M mowila o jakiejs bazie wojskowej, ja widzialem gnane batami tabuny wiezniow z pobliskiego obozu pracy, ktorzy w pocie czola przesuwaja watlymi rekami wielkie kamienie...

Zdjecie: Ul stojacy pod oslona wielkiego glazu - ciekawe, kto go tak troskliwie umiescil?

Widzac ul pomyslelismy o pustelniku, mieszkajacym gdzies wysoko w gorach, ktory hodowal tu pszczoly. Skojarzenie stad, ze w Gorach Wudang spotkalem kiedys taoistycznego mistrza Jia 贾爷, ktory mieszkal i medytowal w jaskini - i hodowal pszczoly...

Dotarlismy w koncu do asfaltowki, i tam natknelismy sie na malego, moze 10 letniego chlopca, ktory z tornistrem szedl w przeciwnym kierunku, ku gorom i dziczy.

Zdjecie: Niedaleko konca asfaltowki znajduje sie mala taoistyczna kapliczka:


Zapytalismy go, gdzie idzie, a on, ze do domu, do wioski Xueshang. Powiedzial nam, ze w pol godziny mozna do niej dotrzec, i ze moze nas tam zaprowadzic. Podziekowalismy, powoli sciemnialo sie juz, na nas byl czas powrotu do Tiantai; z drugiej strony wiedzielismy juz, ze Xueshang wcale nie jest taka niedostepna, jak twierdzono w busie, i juz wiedzielismy, gdzie pojdzemy nastepnego dnia.

Szlismy powoli z powrotem, czasu do odjazdu ostatniego autobusu nie bylo duzo, ale naprawde nie chcielismy jeszcze opuszczac tego miejsca. Doszlismy do wioski Mingtang, gdzie nasza uwage przykulo olbrzymie drzewo rosnace opodal drogi. Podeszlismy do niego - tabliczka na nim informowala, ze nazywa sie Xiangfei 香榧, i ze ma 1600 lat.

Zdjecie: Liczacy sobie 1600 lat Czworniak Olbrzymi:


Wczesniej czytalem o rosnacym w Gorach Jiu Zhe Shan 1400-letnim kamforowcu, ale to dzrzewo bylo dla mnie zaskoczeniem. Sprawdzilem potem w internecie, polska nazwa drzewa to Czworniak Olbrzymi - Torreya Grandis. Drzewo uwazane jest przez Chinczykow za skarb - nie tylko, ze wydziela oszalamiajacy aromat, to ma wyrazne dzialanie medyczne - pozwala kontrolowac postepowanie raka gruczolow limfatycznych, bialaczki, a oprocz tego dziala na takie typowe dolegliwosci, jak kaszel, zatwardzenie i pasozyty. Wlasciwosci lecznicze maja owoce i orzechy czworniaka, ktore zreszta mieszkancy poludnia tradycyjnie jadali na Swieto Wiosny. NB niedaleko Tiantaiu znajduje sie zreszta jedyny w Chinach park, w ktorym na powierzchni 50km kwadratowych znajduje sie ponad 30tys. czworniakow. Kolejne miejsce warte odwiedzenia...

Zdjecie: Domostwa w wioskach w dolinie Strumienia Herbacianych Wzgorz polozone sa bardzo malowniczo:


Wioski w rejonie Jiu Zhe Shan sa bardzo interesujace, szczegolnie stare obejscia. Chaty budowane sa z dwoch zasadniczych rodzajow surowca - z drewna lub bialych cegiel; w czesci materialy laczy sie razem. Wszystkie domy stoja na kamiennych fundamentach, rodzajach tarasow, jako ze teren jest gorzysty, nierowny. Wiekszosc gospodarstw zbudowana jest w ten sposob, ze budynki stoja z 3,4 stron, i wydzielaja wewnatrz przestrzen podworca. Ciekawe sa budynki z cegiel, bo one wydaja sie byc ogniwem posrednim miedzy wiejska, drewniana zabudowa, a miejska, ceglana. Budynki te maja bardzo waskie drzwi wejsciowe, przez ktore moze przecisnac sie tylko jedna osoba; otwory okienne sa nieliczne, rowniez niewielkie. Dom sprawia wrazenie fortecy, widac wyraznie, ze mial chronic mieszkancow przed ewentualnymi bandytami.

Zdjecie: Przyszlosc narodu i jej dumna rodzicielka:


Stara architektura wioskowa powoli zaczyna jednak ustepowac nowej, pozbawionym smaku, ceglanym potworom. Z drugiej strony ludzie chca mieszkac coraz lepiej, wiec trudno sie dziwic, ze buduja sobie nowe domostwa, chco mowiono nam, ze czesto wynika to stad, ze jeden sasiad zbuduje sobie 2-kondygnacyjny dom, to ten obok musi zbudowac 3-poziomowy, choc tak naprawde niekoniecznie go potrzebuje. Pozniej stoja te domy tu i tam, czesto niewykonczone, bo tak naprawde nikt nie chce w nich mieszkac - starzy wole stare domy, mlodzi zwykle pracuja w miastach. Jedynym wyjatkiem sa coraz powszechniejsze w Chinach domowe hostele, rodzaj gospodarstw agroturystycznych Nong Jia Le 农家乐, ktore daja calkiem znosne warunki mieszkaniowe i wyzywienie za niewielkie pieniadze, i sa dobra alternatywa w miejscach, gdzie baza hotelowa nie jest rozwinieta. Rozwazamy z Duza M zamieszkanie w takim gospodarstwie w niedalekiej przyszlosci, ja w zeszlym roku tak mieszkalem bedac w prowincji Shaanxi i wchodzac na Wielka Biala Gore 太白山, i bylo to ciekawe doswiadczenie, a do tego pelna egzotyka, szczegolnie jesli chodzi o toalety, w ktorych mozna bylo sie posliznac na olbrzymiej ilosci bialych sliskich robali wypelzajacych z cuchnacej dziurym, z ktorej dna glodnymi oczami patrzyla swinia...

Zdjecie: Pszczelarz w wiosce Mingtang przy pracy:


Szlismy uliczkami w wiosce, na ganku jednego z domu siedziala kobieta pracowicie nawlekajac drewniane paciorki na sznurki. Zapytalem, czy to na buddyjskie rozance, a ona na to, ze na chrzescijanskie. Rejon Jiu Zhe Shan znany jest z produkcji drewnianych kulek (az dziw bierze, ze mozna miec taka specjalizacje), i robi sie z nich rozance czy rodzaj pokrowcow na siedzenia do samochodow.

Zdjecie: Chalupniczy wyrob rozancow - i to nie buddyjskich...


Przy kazdej wiosce w rejonie znajduje sie most, ktory jest rowniez miejscem spotkan lokalnych mieszkancow. Jak w kazdym zdrowym spoleczenstwie, podczas gdy kobiety siedza w domu i pracuja, mezczyzni zbieraja sie na papierosa na pogaduchy. Zagadalem to nich, pytajac o droge, ktora wila sie z drugiej strony rzeki miedzy gorami, ponoc prowadzi do elektrowni wodnej Smoczego Strumienia 龙溪.

Zdjecie: Most, miejsce zebran wioskowych leni i obibokow:



Zdjecie: A ten to pewnie pantoflarz, bez krzty meskiej dumy, bo pracuje, zamiast spedzac pozytecznie czas na moscie...


Caly rejon bogaty jest w strumienie, konieczna jest ich regulacja, a zapory i elektrownie wodne sa bardzo powszechne, choc pradu i tak brakuje, stad w Taizhou, centralnym i najwiekszym miescie rejonu budowana jest obecnie elektrownia jadrowa. Zhejiang to jedno z najwiekszych zaglebi produkcyjnych Chin i swiata (ciekawostka - 98% zapalniczek kosztujacych ponizej jednego dolara jest wytwarzanych wlasnie tutaj), i zapotrzebowanie na energie elektryczna jest olbrzymie i rosnace.
jesli chodzi o mosty, to kilka lat temu bedac w niewielkim miasteczku na poludniu Chin juz zwrocilismy na to uwage. Bylo to o tyle zabawne, ze na moscie z jednej strony stali chlopacy z motocyklami, rowerami, motorowerami i innymi rumakami, a z drugiej dziewczeta w grupach, rozchichotane. Slowem - most zakochanych, a nie jak ten w Mingtang, leniwych obibokow...

Zdjecie: Dzieci w Mingtang z nareczem swiezo zerwanych gorskich azalii:


Podchodzac to Mingtang slyszelismy klakson autobusu, ale sie nim za bardzo nie przejmowalismy, bo czasu do odjazdu teoretycznie bylo jeszcze duzo, choc wiadomo, ze autobusy na wsi kursuja tylko mniej-wiecej wg rozkladu jazdy. Gdy doszlismy do przystanku okazalo sie, ze autobusu nie ma, ale babcinka obok zapewnila nas, ze jeszcze przyjedzie, tylko kierowca pojechal cos zalatwic.

Zdjecie: Na drodze do Dongjiang, jeszcze spojrzenie do tylu na Mingtang:


Poszlismy wiec dalej, idac droga wzdluz strumienia i dochodzac do wioski Dongjiang 东江.

Zdjecie: Boisko szkolne w wiosce Dongjiang:


Gdy podeszlismy do lokalnego mostu autobus podjechal. Okazalo sie, ze bylismy jedynymi pasazerami; powiedzialem bileterce, ze przez nich ucieknie nam autobus do Tiantai, na co ona zadzwonila na druga petle i zalatwila, ze ten na nas poczeka. Lubie Jiu Zhe Shan i te okolice wlasnie za cala ta organizacje, gdzie nie ma spraw nie do przeskoczenia - no chyba ze negocjuje sie ceny...

Zdjecie: Most w Dongjiang, kolo ktorego zlapalismy powrotny autobus:


Kierowca prul jak kierowca F1 (Duza M siedziala cala zielona i kazala mi mocno trzymac Mala M) i bez problemu zdazylismy na kolejny autobus. W Tiantai miejski autobus zawiozl nas do znajomej knajpy, w ktorej zjedlismy - oprocz innych jarskich potraw - trofiejne pedy bambusa.

Zdjecie: Wykopane przez nas pedy bambusa gotowe do spozycia:


Byly OK, jedlismy juz lepsze. Potem spacerek dla strawienia i taksa do hotelu. Ku naszemu zaskoczeniu przy jednym ze skrzyzowan zatrzymala nas policja i latarkami poswiecila po oczach. Jak sie okazalo poprzedniego wieczora lokalny mlodzian w kafejce internetowej zaciahal nozem dwoch kumpli. Wg taksowkarza, ktory nam o tym powiedzial, poszlo o kobiete. NB w Chinach kafejki internetowe 网吧 - tak jak u nas salony gier - sa gniazdami przestepczosci wsrod maloletnich, i uwaza sie, ze jesli ktos chodzi do takiej kafejki, to nie jest z niego nic dobrego.

Dotarlismy w koncu do hotelu i padlismy zmeczeni do lozek, zastanawiajac sie jeszcze tylko, co przyniesie nam nastepny dzien...

13 kwietnia 2009

Wielkanoc w chinskim parku

Wczoraj, zgodnie z wieloletnia nasza chinska tradycja, wzielismy zawczasu kupiony wor czekoladowych jajek, jak rowniez dwojke naszych pacholat (starsze ma uz 19 lat i przyjechalo swoja nower super kolarzowka z uniwersyteckiego kampusu) - do parku. Pogoda byl przyjemna, cieplutko, troche dusznawo, bo jak zwykle po pelni szykowala sie zmiana pogody (mielismy w nocy burze, a teraz pada i jest sauna za oknem). Zwykle chodzimy do Hongqiao Central Park 虹桥中心绿地, ale wieksza pociecha zasugerowala Tianshan Park 天山公园 (pewnie miala ukryte zamiary, podejrzewam, ze chciala rzucic okiem do klubu muzycznego Yu Yin Tang 育音堂, ktory znajduje si na terenie parku), wiec wsiedlismy w takse i w 10 minut bylismy juz w parku. Chinskie parki to osobny temat do omowienia, w sumie mozna je polubic, jesli tylko nie jest sie nastawionym na jakies wielkie obcowanie z przyroda.

Zdjecie: Park Tianshan, do ktorego udalismy sie na wielkanocne lowy:


Duza M miala opory przed parkiem, ale to po ostatnim wyjezdzie w Gory Tiantai 天台山, gdzie bylo - mowiac wprost i bez ogrodek - niesamowicie. Zreszta na tym blogu jest sporo relacji z naszego pobytu tam 3 miesiace temu - niestety ostatnich dwoch nie udalo mi sie w nawale pracy opisac, a byly jeszcze rewelacyjniejsze.

W kazdym razie uzmyslowilem Duzej M, ze bedzie mnostwo narodu, pare drzew i sporo ludzi, jakies atrakcje i kupa narodu, oprocz tego troche krzewow i tlumy gawiedzi. Duza M dala sie przekonac i weszla do parku przygotowana na najgorsze.

Po wejsciu do parku najpierw uslyszelismy muzyke - to jakis emeryt cwiczyl gre na saksofonie. Mala M jest wrazliwa na muzyke, wiec podbiegla posluchac, dziadek chyba gral jej ulubiona piosenke "Kwiat Jasminu" 茉莉花.

Zdjecie - Ten chinski emeryt znalazl sobie dosc szczegolne hobby - gre na saksofonie:


Po chwili zaczela piszczec, bo okazalo sie, ze zajac zostawil w trawie czekoladowe jajka. Z koszykiem w reku zaczela je wiec zbierac, ale jak w jednym wyzbierala, to okazalo sie, ze obok sie nie wiadomo skad znow pojawily. Podeszla do niej jakas chinska dziewczynka i razem zbieraly. To drugie dziecko bylo dosc zdezorioentowane, czemu ten wielki chlopak rzuca slodycze na ziemie, a mala dziewczynka je zbiera, ale pomagala. Mala M w kazdym razie byla bardzo zaaferowana, wyzbierala jajka i poszlismy dalej. W miedzyczasie przeszlismy kolo grupy emerytow rznacych zawziecie w Majionga 麻将, jak rowniez paru enztuzjastow wedkowania, ktorzy z determinacja moczyli kije w metnej wodzie stawu z nadzieja na zlapanie jakiegos stworzenia.

Zdjecie: Mahjong to gra zahardowa, ktorej oddaja sie namietnie prawie wszyscy, bo nie tylko, ze pozwala spedzic czas w towarzystwie, to stymuluje umyslowo i zapobiega demencji:


Zdjecie: ...z wyjatkiem tych, ktorzy stymuluje obserwacja kija w wodzie:


Szlismy, szlismy, w miedzyczasie Mala M powiedziala mi, ze ma sekret, i zebym nie mowil go mamie, a sekret to taki, ze widziala, jak mama wczoraj kupowala te jajka w sklepie. Bystre dziecko, bo jej starszy brat chyba gdzies w wieku 12-13 lat dopiero sie zorientowal, ze z gwiazdorem i zajacem jest jakis szwindel.

Zdjecie: W parku dzieci moga bezpiecznie pohasac, mozna nawet rozbic namiot:


Doszlismy do kolejnego stawu, w ktorym przycumowany byl - jak nas poinformowala wieksza i lepiej zorientowana pociecha - torpedowiec. Krzatalo sie na nim dwoch mlodych ludzi, wiec poszlismy zobaczyc, czy mozna na statek wejsc. Okazalo sie, ze byl gdzies w odleglosci poltora metra od brzegu, i z Mala M byloby nieco klopotliwie wskoczyc na poklad. Jeden z chlopakow podszedl do krawedzi, zapytalem go, jak wszedl, a on na to ze wskoczyl. Powiedzialem, ze jest odwazny, bo wpasc w ta brudna ciecz stawu byloby malo sympatycznie. On na to, ze kluczem jest przekroczenie psychologicznej bariery. Ja mu na to, ze sam to moze byl wskoczyl, ale z corka raczej nie. Na to chlopak, ze powinienem sobie wyobrazic, ze ratuje corke ze smiertelnego niebezpieczenstwa i ze skok moze nam uratowac zycie. Poniewaz mam dosc slaba wyobraznie, zrezygnowalismy ze skoku, tym bardziej, ze Mala M juz byla gdzies w krzaczorach i zbierala znalezione tam czekoladowe jajka.

Zdjecie: Torpedowiec tez na emeryturze:


Poszlismy kawalek dalej, w lasku kilka osob stalo w bezruchu medytujac i cwiczac starozytna chinska gimnastyke oddechowa Qigong 气功. Te cwiczenia to czesto rodzaj ucieczki chinczykow od pospiechu i rozgardiaszu codziennego dnia, taki eskapizm w wewnetrzny swiat.

Zdjecie: Cwiczenia medytacyjno-oddechowe w cichym zakatku w parku:


Obok jakas dziewczyna siedziala na trawie i grala na chinskiej okarynie Xun 埙. Xun to chyba najstarszy chinski instrument, liczacy piec tysiecy lat, znaleziony w wykopaliskach neolitycznych w wiosce Banpo 半坡村 kolo Xi'anu. Instrument odtworzono, odtworzono rowniez technike gry na nim. Jego dzwiek jest bardzo szczegolny, mi zawsze pozostanie w pamieci po wielu wizytach w pekinskiej Swiatyni Konfucjusza, gdzie swego czasu dla zwiedzajacych gral zespol muzyczny, i solo na Xunie bylo wazna czescia ich repertuaru. W swiatyni byl sklepik sprzedajacy Xuny, i uczynny sprzedawca wprowadzal w tajniki gry na nim, sugerujac, ze najpierw nalezy cwiczyc wydobywajac dzwieki z pustej butelki po piwie. Grupy turystyczne z kraju, ktore tam prowadzilem, braly sobie to do serca, rodacy zaczynali nauke od prac przygotowawczych polegajacych na oproznianiu butelek z piwem.

Zdjecie: Cisze w parku przerywaly tylko dzwieki glinianej okaryny Xun. Duza M stwierdzila, ze pewnie dziewczyne z domu do parku wygnali, bo nikt nie mogl zniesc tych piskow:

Swoja droga w ramach przygotowan do olimpiady zespol muzyczny zlikwidowano, czesc ludzi przeprowadzila sie do sklepiku obok glownego hallu swiatynnego, cale miejsce stracilo po renowacjach swoja specyficzna atmosfere. Zamiast starosci zaczelo smierdziec swieza farba, zamiast spokoju pojawilo sie mnostwo grup turystycznych zaliczajacych te swiatynie przy okazji wizyty w lamajskiej Yonghegong 雍和宫 obok, zmiany wcale nie na lepsze.

Zdjecie: Altanka wsrod kwitnacych wisni:


Wracajac do wizyty w parku - Mala M jajka zebrala, przeszlismy dalej i z mostku podziwialismy krajobrazy, gdy nagle na brzegu zrobil sie szuk - jeden z wedkarzy cos zlapal. Patrzac na wygiecie kija wedki byla to spora sztuka, ktora ostro walczyla o wolnosc i zycie. Zbieglismy z Mala M z mostka, zeby przypatrzec sie procesowi z bliska. Ryba walczyla coraz slabiej, w koncu kumpel szczesliwca wyciagnal ja wybierakiem z wody. Jakas dziwna byla, bo zlapala sie nie za rylo, ale gdzies za brzuch, najwidoczniej chinskie ryby biora inaczej.

Zdjecie: Ryba wziela, wzbudzajac sensacje i zadrosc. NB w srodku stawu jest sztuczna ryba, dla tych, co szczescie maja tylko w milosci:

Spora byla z niej sztuka, pare dobrych kilogramow i z 70cm dlugosci, wielki parkowy karp. Wedkarz wrzucil go do przygotowanego wczesniej wora po ryzu, bedzie kolacja, choc jak znam zycie bedzie potwornie jechac mulem. Szanghajczycy lubia slodkowodne ryby i krewetki, co jest dla mnie dosc niezrozumiale, bo sa one hodowane w stawach i bardzo smierdza mulem.

Zdjecie: Dumny wedkarz-szczesliwiec:

Zdjecie: ...i jego zdobycz juz na trawniku:


Duza M, jesli przygotowuje rybe (co robi niestety dosc rzadko - dokladnie raz do roku na Wigilie), zawsze najpierw moczy ja parenascie godzin w mleku, by zneutralizowac zapach. Te w knajpach sa OK swiezo przygotowane, ale jak troche ostygna zapach mulu jest wyrazny. Nie to, co nasze karpie czy inne ryby, nie mowiac o ulubionych sledziach, ktore tutaj mozna uswiadczyc tylko w sloikach sprzedawanych w malym sklepiku z artykulami spozywczymi w IKEI.

Duzy J zacza sie troche niecierpliwic, najwyrazniej mu sie spieszylo, bo mial jeszcze cos do zalatwienia w sklepie z czesciami rowerowymi, wiec powoli poszlismy do wyjscia. Przechodzac obok malego bialego budynku 小白楼, w ktorym miesci sie Yu Yin Tang, zaproponowalem, zebysmy weszli do srodka. Chce, zeby Mala M, ktora wykazuje predyspozycje muzyczne, oswoila sie z miejscem, moze za pare lat bedziemy razem chodzic na koncerty. Duzy J mial swoj debiut muzyczny kilka dni temu, w czworke z kolegami zagrali jeden utwor na ceremonii rozdania nagrod w konkursie filmowym na uczelni. Jak nam sie zwierzyl, jest centralna postacia w zespole jako posiadacz jedynej elektrycznej gitary wsrod czlonkow zespolu. Zreszta z 4 gitar w zespole dwie sa jego - jeszcze jedna akustyczna. Weszlismy zatem do Yu Yin Tangu, zaczynala sie jakas impreza pod sponsoratem formy "Majster Kang" 康师傅, znanego chinskiego producenta napojow i chinskich zupek, ale ludzi bylo malo. NB nie kupuje zadnych produktow tej firmy, jako ze kiedys wyszlo na jaw, jak to ich napoj sliwkowy jest produkowany gdzies na glebokiej produkcji, a sliczny kolor napitku uzyskiwany jest przez dolewanie tuszu do malowania.

Zdjecie: Widok na wejscie do Parku Tianshan z kladki na ulica Yan'anska, glowna w zachodniej czesci Szanghaju:


Przy ladzie siedzial szef klubu, Zhang Haisheng 张海生, postac malownicza, niezly gitarzysta i wokalista, legenda szanghajskiego muzycznego undergroundu. Mala M zafascynowaly jego wlosy, jako ze nosi on dlugie dreadlocki, powiedzialem jej wiec, ze to do odstraszania zlych duchow i ze w nich tkwi jego moc i sila, wiec Mala M byla pod jeszcze wiekszym wrazeniem, szczegolnie w zwiazku z duchami. Przedstawilem Zhangowi Duzego J jako wybitnego mlodego gitarzyste, sugerujac, ze moze w przyszlosci moglby umozliwic mu jakis wystep na scenie klubu. Zhang sie usmiechnal, niech Duzy J cwiczy wiecej na gitarze, moze z niego jakis rockman wyrosnie, szlak ma juz troche przetarty.

Potem przeszlismy przez kladke nad ulica, kupilismy jakies napoje, w takse, i wrocilismy do domu; po telefonie do dziadkow w kraju Szopena Duzy J pojechal do siebie, zrobilo sie pozno, wykapalismy Mala M i skonczylismy pierwszy dzien swiat.

Przy okazji zdrowia i radosci, zreszte nie tylko na swieta, ale w ogole na codzien!

2 kwietnia 2009

Mądrość Wschodu

Podczas ostatniego naszego pobytu w Gorach Tiantai jak zwykle w ostatni dzien poszlismy do Swiatyni Czystego Panstwa - dlatego, ze znajduje sie ona 100m od hotelu i mozemy po zwiedzeniu szybko wziac manatki i pojechac na dworzec autobusowy by bez problemu zdarzyc na autobus powrotny do Szanghaju.

Swiatynie bardzo lubimy, ma poltora tysiaca lat i specyficzna atmosfere, nie mowiac o malowniczym usytuowaniu i calej plejadzie znanych mistrzow Buddyzmu, takze swietych (ktorym przypisywano naludzkie moce), ktorzy w niej mieszkali. Nie jest dla nas wielkim problemem nawet to, ze w swiatyni jest mnostwo ludzi - glownie dlatego, ze wyjezdzamy z Tiantai zwykle w niedziele, a w weekendy jest zawsze duzo turystow.

Mam nadzieje, ze w koncu opisze swiatynie, jakos ostatnio w nawale wszystkiego nie udalo mi sie zabrac do powazniejszej pracy nad blogiem. Wina za to nalezy obciazyc mojego nauczyciela Guqina, ktory uczy nas nowego, bardzo dlugiego i bardzo trudnego utworu, ktorego tytul w wolnym tlumaczeniu brzmi "Bez Ukrytych Zamiarow" 鸥鹭忘机.

Okreslenie Wangji 忘机 jest terminem taoistycznym, ktory oznacza czysty, klarowny umysl, nie poruszony zadnymi pragnieniami, bez pozadan czy ukrytych zamiarow.

Utworu ten inspirowany jest opowiescia, jaka mozna znalezc w rozdziale o Zoltym Cesarzu 皇帝 w taoistycznym klasyku Liezi 列子. Otoz na brzegu morza zyli ojciec i syn. Syn bardzo lubil mewy, i kazdego dnia o swicie szedl na plaze bawic sie z ptakami, ktore gdy tylko go zobaczyly natychmiast przylatywaly calymi stadami. Gdy ojciec dowiedzial sie o tym, powiedzial do syna: "Slyszalem, ze mewy lubia ciebie, moze bys zlapal dla mnie kilka do zabawy?". Nastepnego dnia syn jak zwykle poszedl z rana na plaze, z mysla, by zlapac mewy, ale te o dziwo krazyly wysoko nad jego glowa i zadna nie zblizyla sie do niego.
Chinczycy zawsze zauwazali wielka sile umyslu. Jesli zamysl zostal odebrany przez mewy, to jak duzy jest wplyw mysli na nas samych?

W kazdym razie utwor jest dlugi, trwa ponad piec minut, gesty zapis nutowy zajmuje 3 strony w ksiazce, wiec dzien w dzien siedze nad Guqinem i cwicze - przez co pisanie bloga jest zaniedbywane. W tym tygodniu nie mam lekcji z okazji chinskiego swieta zmarlych 清明节, ale Duza M ma dodatkowy dzien wolny i oczywiscie jedziemy znow na Niebianskie Tarasy...

A wracajac do swiatyni - podczas obu pobytow oczywiscie musielismy spedzic sporo czasu w przyklasztornej ksiegarni, gdzie zaopatrzylem sie w kolejne kilka kilogramow makulatury. Jak zwykle rowniez Mala M musiala koniecznie dostac jakas ksiazeczke - sama je sobie wybierala na podstawie koloru okladki i grafiki na niej. Wybrala dwie - jedna zielona z bambusami, a druga rozowa z kwiatem lotosu. Najzabawniejsze, ze obie ksiazeczki sa naprawde ciekawe - szczegolnie zielona, ktora jest zbiorem madrosci buddysjkich autorstwa Mistrza Lotosowy Staw (Lian Chi) 莲池大师 pod tytulem "Luzne Zapiski pod Bambusowym Oknem" 竹窗随笔.


Mistrz Lian Chi uwazany jest za patriarche osmej generacji buddyjskiej szkoly Czystej Ziemi 净土 i jednego z czterech najwybitniejszych mistrzow chinskiego buddyzmu dynastii Ming (1378-1644). Urodzil sie w 1535 w Hangzhou 杭州 w bogatej rodzinie arystokratycznej. W dziecinstwie pobieral tradycyjne nauki konfucjanskie. Pewneg dnia w wieku 17 lat uslyszal, ze mieszkajaca obok sasiadka w podeszlym wieku wypowiada codziennie tysiace razy imie Buddy, i zaciekawiony zapytal o przyczyne. sasiadka powiedzial: "Moj maz codziennie recytowal imie Buddy, i gdy nadeszla w koncu smierc, zmarl spokojnie, bez zadnych chorob i cierpien, stad wiem, ze recytowanie imienia Buddy daje wielka moc." Lian Chi poruszony, zdal sobie sprawe, jak wazne jest przejscie z zycia do smierci, i zainteresowal sie naukami Czystej Ziemi. Niedlugo potem zmarli jego rodzice, co jeszcze bardziej skierowalo Lian Chi ku buddyzmowi. W rezultacie w wieku 32 lat zdecydowal sie rozstac z rodzina i zostac mnichem. Po wstepnym okresie nauk za siedzibe wybiera sobie Swiatynie Wsrod Oblokow 云栖寺 w Hangzhou. Okolice swiatyni byly nekane przez tygrysy, ktore atakowaly i zabijaly ludzi, ale po modlitwach Lian Chi tygrysy nie pojawily sie wiecej. W kolejnym roku nadeszla kleska suszy, i chlopi zwrocili sie do Lian Chi z prosba o pomoc. Ten wyruszyl wraz z pozostalymi mnichami na obchod pol, uderzajac w drewniana kolatke (Drewniana Rybe 木鱼) i recytujac imie Buddy. W chwile pozniej zaczal padac rzesisty deszcz dokladnie w tych miejscach, ktore obchodzil mistrz.

Zdjecie: Mistrz Lian Chi (Lotosowy Staw) (1535-1615):


Po tych wydarzeniach imie Lian Chi stalo sie slawne, a nauki szkoly Czystej Ziemi zyskaly bardzo wielu wyznawcow. Po smierci siodmego patriarchy Mistrza Xingchang 省常大师 przez ponad 550 lat Czysta Ziemia nie cieszyla sie popularnoscia, i dopiero Lian Chi na nowo przywrocil swietnosc tej linii buddyzmu, ktorej nauki glosza, ze poprzez recytowanie imienia Buddy Amitaby czlowiek w chwili smierci zostanie wprowadzony do Zachodniej Szczesliwej Krainy.

W szostym miesiacu 1615 roku Lian Chi poczul, ze nadchodzi smierc, udal sie wiec do miasta i pozegnal sie z przyjaciolmi, po czym powrocil do swiatyni, gdzie udzielil ostatnich nauk mnichom. Pierwszego dnia siodmego miesiaca Mistrz Lian Chi powiedzial: "Jutro odejde". Wieczorem poczul sie nieco slabiej, udal sie wiec do swej celi, gdzie usiadl do medytacji z zamknietymi oczyma. Nastepnego dnia wieczorem, rzekl do czuwajacych przy nim mnichow: "Uczciwie recytujcie imie Buddy, nie dajcie sie zwiesc demonom, nie lamcie ustalonych przeze mnie regol klasztornych", po czym zwrocil sie twarza ku zachodowi i recytujac imie Buddy zmarl. Mial wowczas 81 lat. Pochowany zostal na zboczach Gory Pieciu Oblokow 五云山.

Nauki Mistrza Lian Chi maja wyrazne zabarwienie Chan/Zen, mowi sie, ze to on wlasnie polaczyl obie odmiany uzupelniajac je wzajemnie.

Ponizej dwie anegdoty w moim tlumaczeniu pochodzace z "Luznych Zapiskow pod Bambusowym Oknem":

"W nauce wazna jest koncentracja"

Mi Yuanzhang powiedzial: "Uczac sie kaligrafii nalezy poswiecic sie jej calkowicie, jesli chce sie osiagnac sukces nie powinno sie miec zadnych innych rozpraszajacych zainteresowan". Ja sam slyszalem kiedys, ze mistrzowie Guqina uczyli swoich uczniow tylko 2-3 utworow, az ci w pelni zrozumieli ich tajniki. Choc nie sa to wielkie slowa, to mozna je odniesc do spraw wielkich. Budda w swoim testamencie powiedzial: "Jesli umysl w pelni sie skoncentruje, wowczas nie ma rzeczy, ktorej nie moglby sprawic". Zatem jesli ktos rozprasza sie na wiele rzeczy, wowczas w zadnej nic nie osiagnie. Jesli bedziemy postepowac z pelnym oddaniem i koncentracja, wowczas bardzo szybko osiagniemy Samadhi. Wszyscy ci, ktorzy medytuja i recytuja imie Buddy, powinni o tym pamietac.

Nota: Mi Yuanzhang 米元章 to wspomniany tutaj slawny mistrz kaligrafii Mi Fu 米芾.

"Podejscie"

Ludzie roznie reaguja, gdy przed ich oczyma pojawi sie bogactwo, piekna kobieta, slawa lub korzysc. Zrobie tutaj porownanie ogniska i pieciu roznych substancji polozonych przy nim. Pierwsza to siano, jak tylko zetknie sie z ogniem, natychmiast ogarnia je plomien. Druga to drewno na opal, choc nie zapali sie od razu, to wystarczy dmuchnac kilka razy i zapala sie. Trzecia to zelazo, ono w zetknieciu z ogniem nie zapala sie, ale jesli jest w kontakcie z ogniem dostatecznie dlugo, w koncu topi sie. Czwarta to woda, nie tylko, ze nie pali sie, ale moze ugasic ogien. Jednak gdy umiesci sie ja w czajniku, wowczas rozgrzana wrze i wyparowuje. Piata to pustka, nie ma formy ani ksztaltu, wiec bez wzgledu, jak wielkim ogniem sie by jej nie traktowalo, nie dozna ona zadnego uszczerbku, nie trzeba gasic ognia, on w koncu sam sie wypali i zgasnie. Z tych pieciu, pierwsi to zwykli ludzie, posredni trzej to ci, ktorzy osiagneli rozne stopnie zaawansowania w praktyce buddyjskiej, w kolejnosci od plytkiego do glebszego. Tylko ostatni poziom to ten, ktorego doswiadczyc moga tylko buddowie i swiatobliwi.

24 marca 2009

Zapchane rury i przeznaczenie

Mieszkamy na wojskowym osiedlu, od 7 juz lat, to czwarte mieszkanie, jakie wynajmujemy w Szanghaju, i jedno z najgorszych. Nie ma moze zbyt wielu lat, pewnie z 20, ale powoli sypie sie.

Kilka dni temu Duza M wyrwala mnie z najlepszego snu wolajac o 7 rano: "Nie ma wody!". Nie powiem, zeby taka pobudka nastrajala mnie pozytywnie do swiata, ale staralem sie jak moglem zachowac wlasciwy dystans do sprawy. Sprawdzilem, rzeczywiscie, z kranow nie plynela ani kropla wody, nawet zimnej. Duza M byla potwornie zla, bo chciala sie kapac, a tu nawet zebow nie mozna umyc. Na szczescie (a moze nieszczescie) woda kranowa w Szanghaju jest tragiczna (pochodzi z Huangpu 黄浦江, rzeki-matki miasta), i wszyscy kupuja wode pitna w buklakach. My rowniez, wiec Duza M podgrzala wode w czajniku, wlala do miski i na chinski sposob umyla sie z pomoca reczniczka. Pamietam dawno temu chinski film o kungfu, w ktorym zapocony mistrz po wyczerpujacym treningu tez tak sie wykapal - reczniczek do miski, moczy sie go i wyciera nim cialo. Bylem wowczas dosc zdziwiony, bo obok plynela krystalicznie czysta wydawaloby sie rzeka, no ale co kraj to obyczaj, kto to wie, jak mycie w Chinach wyglada. Przypuszczam, ze nie bylo na filmie widac plynacych rzeka smieci i odchodow ludzkich - w starym budownictwie w delcie Yangzi zalatwia sie potrzeby do drewnianego wiadra 马桶, ktore rano oproznialo sie albo do rzeki, albo pobliskiego kanalku. W Chinach poludniowych jest wiele miasteczek polozonych na kanalach, ze slawnym Suzhou 苏州 na czele, i kiedys tonely one w chmurze smrodu z kanalow (obecnie wylewanie nieczystosci jest zabronione). Co ciekawe, sam widzialem scenki, ze w jednym miejscu ktos wylewal nieczystosci, a obok sasiad myl warzywa do gotowania. No ale to nie jedyna egzotyka w chinskiej kuchni...

Podczas gdy Duza M myla sie, ja podnosilem alarm. Najpierw telefon do dziadkow przy wejsciu. Niby pilnuja, zeby nikt tu nie wszedl, strzeza przed zlodziejami, sprzataja klatke schodowa, ale tak naprawde, to wciaz rzna w karty. Pare miesiecy temu sasiad pod nami robil remont i do dzis pyl zalega na klatce i schodach. Nie mowiac o tym, ze po powrocie z wakaci w Polsce ktos wlazl do naszego mieszkania - na szczescie nic nie zginelo. Podobno szefowa managementu zatrudnia Starego Liu, bo jest krewnym jednego z wojskowych. Nie wiem jednak, dlaczego zatrudnia Starego Jianga, bo ten zdaje sie zadnych plecow nie ma - przynajmniej ja o nich nie wiem. Potem zadzwonilem do Szefowe Ni. Oczywiscie od razu z grubej rury, bo niestety wieloletnia praktyka zalatwiania spraw z nia pokazala, ze ta taktyka jest najskuteczniejsza. Obecne mieszkanie mialo nam sluzyc zastepczo przez 1-2 miesiace, dopoki wlasciciel tego, w ktorym poprzednio mieszkalismy nie zrobi tam remontu. Lotr jednak po remoncie sprzedal je, i zostalismy w obecnym. Byla sroga zima, my z dzieckiem 2 letnim, klimatyzatory niedzialaly ze starosci. Poprzednia firma zarzadzajaca cos tam planowala zrobic, a tu nagle pojawila sie Ni i wziela budynek w ajencje. Ni przyszla, sprzwdzila klime i stwierdzila, ze... dziala normalnie! W mieszkaniu bylo moze z 5 stopni, z klimy wial zimny wiatr, a ona wciskala nam ciemnote. Zaczalem wowczas ostra walke z nia, by w koncu wynegocjowac nowy klimatyzator, ale kosztowalo mnie do sporo siwych wlosow.

Pozniej takich sytuacji bylo jeszcze wiele, i jak obecnie zabraklo wody, zgodnie z wypracowana taktyka skontaktowalem sie z Ni. Obiecala - jak to ona - ze natychmiast sie tym zajmie. I rzeczywiscie, po chwili przyszedl Mlody Wang. Mlodego Wanga widzialem zawsze, jak na motorowerze rozwozi poczte kurierska, pracuje dla jakiejs firmy w klatce obok. Jak przyszedl, to dowiedzialem sie nagle, ze jest hydraulikiem... Typowe zagrane Ni, ktora wysyla niekompetentnych ludzi, ktorzy nic nie potrafia zrobic, zeby tylko sprawic wrazenie, ze cos robi, a nie wydac przy tym ani grosza. W kazdym razie Mlody Wang sprawil sie doskonale - rozmontowal pompke (mieszkamy na 5tym pietrze, wiec zeby bylo odpowiednie cisnienie wody konieczna jest pompka - bez niej gazowa grzalka do wody nie zalaczylaby sie) i... zepsul ja.

Po godzinie przyszedl Mlody Tang z jakmis zolnierzem. Najwyrazniej Ni zaczela monity w jednostce wojskowej. Tang pracuje tutaj dla wojska w warsztacie naprawczym, pozostawil na mnie glebokie wrazenie, gdy pol roku temu przyszedl spisywac stan licznika wody, i taki smrod pozostawil ze swoich skarpet, ze Duza M patrzyla na mnie podejrzliwie gdy wrocila z pracy po 6 godzinach. Tym razem bylo podobnie - Mlody Tang chyba wciaz w tych samych skarpetkach... Klapki, ktore mu dalem, zeby do mieszkania nie wchodzil w butach, do dzis wietrza sie na balkonie. Niemniej Mlody Tang rozmontowal pare rur i przeczyscil je, zaczela w koncu leciec zimna woda, wiec jakis postep zostal dokonany. Mlody Tang stwierdzil, ze w ogole rury sa kompletnie zapchane, nie da sie ich przepchac i ze trzeba bedzie zrobic obejscie z plastikowych rur.

Po paru godzinach i moich monitach pojawil sie maz Ni ze Starym Liu. Maz jest dosc kumatym czlowiekiem, nawet dalby sie lubic, ale ze jest mezem Ni, to niestety nie da sie. Stwierdzil, ze pompka jest zepsuta (eureka!), i ze trzeba kupic nowa. OK - kupujcie w takim razie. Pojechali gdzies, poznym wieczorem pojawil sie i zaczal montowac. Normalnie robie to fachowcy, ale ja naciskalem, zeby naprawic wszystko jak najszybciej. Nowa pomka nic nie dala - wciaz tylko zimna woda, i tylko w kurku w kuchni, a w lazience ani odrobina, o cieplej nie mowiac. Kaszana - dzwonie wiec do Ni i mowie, ze musimy sie wykapac koniecznie, wiec niech przygotowuje pieniadze na hotel - no bo gdzie indziej? Po pol godzinie dzwoni Ni i mowi, ze zastepca komendanta jednostki wojskowej zna mnie i zgodzil sie, zebysmy wzieli prysznic w koszarach. Zarzadalem, zeby Ni sprawdzila stan sanitarny, potem sam poszedlem, okazalo sie, ze bylo nie gorzej, niz u nas w mieszkaniu. Samego zastepce komendanta poznalem przed chinskim Nowym Rokiem u fryzjera (tego, co nie lubi Ujgurow). Pogadalismy wowczas, nie byl ani troche zaskoczony, gdy mu powiedzialem, ze chinska TV zignorowala w tlumaczeniu oredzia Obamy stwierdzenia o walce z komunistyczna dyktatura. W kazdym razie wowczas przelamalismy pierwsze lody, i z tym prysznicem poszedl Ni - i w sumie nam tez - na reke.

Ni obiecala rozwiazac sprawe nastepnego dnia. Czekalem wiec i czekalem, i nikogo ani widu ani slychu. W koncu zadzwonilem - Ni udala zaskoczenie, w koncu mowi, ze po poludniu przyjedzie spec z fabryki pompek, zeby ja wlasciwie zamontowac. Wracam z treningu, rzeczywiscie czeka juz fachowiec, mlody chlopak w kombinezonie z logo producenta. Chlopak zapytal mnie, czy cwicze moze kungfu z Shaolin, odpowiedzialem, ze nie, ze cwicze style wewnetrzne. Sam fakt, ze zapytal, zaintrygowal mnie, wiec rowniez zapytalem, czy on cos cwiczy. Na to on, ze Baguazhang 八卦掌 - styl Dloni Osmiu Trygramow. I tak zaczela sie rozmowa - NB ja sam rowniez od parunastu lat cwicze ten styl, wiec od slowa do slowa zgadalismy sie. Okazalo sie, ze Mlody Wang (tak sie nazywal, jak ten nieszczesny niszczyciel pompki) cwiczy styl, ktory nazywany byl cesarskim, jako ze jego tworca nauczal ochroniarzy w palacu cesarskim. W Szanghaju styl spopularyzowal niejaki Wang Zhuangfei 王壮飞 z prowincji Shandong, a byl uczniem bardzo znanego mistrza Gong Baotiana 宫保田 - znanego z tzw. "Umiejetnosci Lekkiego Ciala". Gong Baotian, niewielkiego wzrostu, mieszkal na wysokim drugim pietrze domu bez schodow, i potrafil wejsc do niego bez zadnej drabiny. Mowi sie, ze byl tak szybki, iz potrafil zrobic unik przed kula wystrzelona z odleglosci 100 krokow. Tak przynajmniej twierdzil Zhang Zuolin 张作霖, jego chlebodawca i Pan Wojny (rzadzacy wieksza czesc polnocnych Chin gdy kraj byl podzielony po upadku cesarstwa w 1911). Obecnie uwaza sie, ze Zhang takie plotki glosil, by zniechecic skrytych zabojcow do zasadzenia sie na jego zycie w tamtych burzliwych czasach, ale bez watpienia Gong Baotian byl ekspertem w walce. Ponad 10 lat temu odwiedzilem Wang Zhuangfei'a w jego mieszkaniu w Szanghaju, Wang byl po wylewie i kiepsko sie trzymal. Mlody Wang twierdzil ze przyczyna bylo niedostateczne zwracanie uwagi na cwiczenia wewnetrzne. Ponoc Wang bardzo zazdrosnie strzegl swojego stylu, i pelny przekaz otrzymal tylko jego syn, Wang Hanzhi 王翰之. Syn jest nie tylko mistrzem sztuk walki, ale rowniez uznanym kaligrafem, malarzem i wrozbita, ktory zrobil kariere w Singapurze, ale obecnie mieszka znow w Szanghaju.

Mlody Wang powiedzial tez, ze jest buddysta, ja z kolei przyznalem sie, ze czuje sie mocno zwiazany z taoizmem. On na to, ze wszystkie systemy religijne na koncu prowadza do tego samego celu. Wowczas pokazalem mu zdjecia Ojca Pio, ktore przyslam mi kilka dni temu Stefano (Wloch, kumpel z Pekinu, rowniez cwiczacy kungfu) - zdjecia pokazujace cialo slawnego stygmatyka Ojca Pio w 40 lat po smierci. Cialo wydaje sie byc w bardzo dobrym stanie - tak jak ciala mnichow buddyjskich i taoistycznych, ktorzy osiagneli wysoki poziom w praktykach medytacyjnych.

Wymienilismy telefony, Mlody Wang ma pomoc w kontakcie z kilkoma mistrzami ciekawych stylow cwiczonych w Szanghaju, jak rowniez zaaranzowac spotkanie ze swoim nauczycielem.

No i mam nowego kumpla od kungfu - i pomyslec, ze trzeba bylo do tego zapchania sie rur, przypadkowego zepsucia pompki i kupienia nowej. Chinczycy nazywaja to przeznaczeniem 缘分, my - zbiegiem okolicznosci. W kazdym razie nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo.

Acha, nie musze chyba pisac, ze Mlody Wang sprawil sie doskonale - zidentyfikowal wszystkie problemy i naprawil je; mamy teraz ciepla wode wszedzie, gdzie trzeba.

10 marca 2009

Niebianskie Tarasy 天台山 po raz kolejny - z muzycznym prologiem

Duza M miala wolny piatek w zeszlym tygodniu, i zastanawialismy sie, co z tym fantem zrobic. Ja uczucia mialem mieszane - akurat w te 3 dni byl koncert Young Knives, w sobote lekcja Guqina, z w niedziele koncert rockowy z okazji Dnia Kobiet... Imprez sporo, a ja ostatnio choruje na muzyke. Co wiecej lalo kolejny tydzien, i wszystko wskazywalo na to, ze bedziemy szwedac sie jak zmokle kury po jakichs zadupiach, a to w sumie watpliwa przyjemnosc. Zrobilismy narade rodzinna i stwierdzilismy, ze jednak wolimy wyjechac poza Wielkie Zle Miasto (czytaj: Szanghaj) niz co wieczor meczyc sie, bo sasiedzi pod nami znow beda wrzeszczec do nocy grajac w ping-ponga tak, ze cala chata sie trzesie. Zarezerwowalem wiec hotel w Tiantai'u, kupilem bilety na autobus w czwartek, dziewczyny dostaly przykazanie, zeby w srode sie spakowac (ja wychodzilem na koncert, a jakze!) i byc pod szkola o 17:00, gdy po nie podjade.

Podjechalem, czekaly, taksa nas zabrala do metra (bo w szczycie bysmy pewnie na dworzec autobusowy jechali z godzine, a autobus mielismy o 18:07), wyskoczylismy z niej, ale zrzedly nam miny, bo do automatycznych kas kolejki (ten szczyt...), automaty tylko na bilon, a ja mialem do za malo, kolejka po bilon jeszcze dluzsza... Zaklalem szpetnie pod nosem na pecha, widocznie nie dane jest nam wyjechac, ale Polak potrafi, podszedlem wiec do kiosku z gazetami i ze zniewalajacym usmiechem poprosilem sprzedawczynie i wymiane banknotu na bilon. Baba byla jednak odporna, powiedziala, ze bilonu nie ma. Coz, poprosilem wiec o gazete i dalem jej 2 dychy, zadajac reszty w bilonie. Tym razem baba zaklela i zaklinajac sie, ze nie ma bilonu, wydala mi go cala garsc. Kupilem wiec bilety, wsiedlismy do metra, pchajac przed soba ciezka walizke wypchalem przestrzen w zatlocznym wagonie dla obu M i siebie. Potem jeszcze tylko bieg dlugimi podziemnymi korytarzami ze stacji metra na dworzec, kontrola - przeswietlanie - bagazu (obowiazkowa nie tylko na lotniskach, ale takze na dworcach autobusowych i kolejowych) i jestesmy w poczekalni cale 15 minut przed odjazdem. Jeszcze szybka wizyta w tualecie (kible kucane nad rowem, w ktorym co pewnien czas regularnie przeplywa woda wyplukujac wszystko i czasami zraszajac gole siedzenia klientow o kiepskim refleksie, ktorzy nie zdaza przed fala podniesc sie), pakujemy walize do bagaznika, siadamy, gleboki wydech, ruszamy.

Po chwili zrobilo sie dosc duszno - kierowca wlaczyl ogrzewanie, okien otworzyc nie mozna, bo pojazd klimatyzowany. Jedziemy dosc szybko, jest fajnie, bo kierowca jakos nie wlacza zadnego wideo (jak wlaczaja, to najczesciej na full, i po godzinie czy dwoch czlowiekowi glowa peka od halasu - choc Chinczykom on jakos nie przeszkadza, wyjatkowo na halas odporni sa, to pewnie przez ten proszek, ktory im sie w uszach wydziela - my mamy tzw. miod, a oni suchy proszek). Niestety po chwili odwracam sie i widze, ze Duza M cos mocno zbladla, pytam sie, co sie stalo, a ona mowi, ze od tego fetoru zbiera jej sie na wymioty, i pokazuje za siebie. Rzeczywiscie, pasazer za nia zdjal buty i polozyl giry na oparciu siedzenia przed soba - czyli tego, na ktorym siedziala Duza M. Ja zrobilem lekki wdech przez nos, i rzeczywiscie, o malo mnie nie obalilo, cos jak zdechly zaplesnialy szczur w szambie, ktorego nikt dawno nie otwieral. Obok mnie jechal zastepczy kierowca, zorientowal sie, ze cos nie tak, mowie mu, ze zone ten dziwny zapach 怪味儿 przyprawia o mdlosci, facet zorientowal sie, zapalil swiatlo i ryknal na klienta siedzacego za Duza M, zeby zakladal buty, bo smierdza mu kulasy potwornie. Klient polozyl uszy po sobie i poslusznie zalozyl nowe biale krasowki (jak mowia Rosjanie - czyli adidasy) z powrotem na nogi. Pamietam, ze nascie lat temu tez kupilem sobie takie obuwie w Pekinie, i tez mi stopy protestowaly, choc chyba nie tak mocno. W kazdym razie jesli smierdzace nogi sa oznaka prawdziwego mezczyzny, to za Duza M siedzial superman.

Obok nas siadl jakic gosc, ktory przyszedl specjalnie z tylu autobusu, by pogadac sobie z biala malpa, ktora gada po ludzku (czyli chinsku). W sumie okazal sie kulturalny, zagail rozmowe zadajac serie standardowych pytan - skad jestesmy, co robimy i ile zarabiamy - tak sie zastanawiam, czy to nie sa przypadkiem pytania z kwestionariusza tutejszej UBecji. Potem zaczal dopytywac sie o uczelnie w Londynie - do ktorego wybiera sie jego ukochany jedynak na studia. O uczelniach londynskich wiem mniej niz on, wiec mu wiele pomoc nie moglem, ale polecilem Oxford i Cambridge. Potem rozmowa przeszla na Tiantai i jeg atrakcje. Facet okazal sie dobrze zorientowany w tym, co turyscie ma do zaoferowania jego rodzinna ziemia. Najpierw powiedzial nam, ze znajdujaca sie na skalnej scianie w Dolinie Niesmiertelnych olbrzymia kaligrafia, ktora jest przypisywana slawnemu kaligrafowi Mi Fu 米芾 (1051-1107, zwanemu "Szalonym Mi", jednemu z czterech najwybitniejszych kaligrafow dynastii Song 宋朝 960-1279, ekscentrykowi i milosnikowi kamieni, ktory uznal jeden szczegolny okaz kamlota za swojego brata, i klanial mu sie z szacunkiem naleznym starszemu), nie jest prawdziwa, ze to po prostu falsyfikat. W sumie nic zaskakujacego w kraju, w ktorym nawet wielkie przedsiebiorstwa zaczynaly od robienia podrobek. Ponoc 70% antykow sprzedawanych na aukcjach w Chinach to falsyfikaty - bardzo popularny jest program TV, w ktorym eksperci oceniaja autentycznosc przedmiotow kupionych w domach aukcyjnych przez telewidzow, a prowadzacy za pozwoleniem tych ostatnich niszczy je rozbijajac mlotkiem. NB w Chinach podrabiano wszystko od wiekow - nawet Guqiny, ktore byly nie tylko instrumentami, ale rowniez obiektami porzadania kolekcjonerow. Tak naprawde czesto trudno jest ocenic wiek instrumentu, bo nawet wspolczesne robi sie ze starego drewna, liczacego sobie 500 i wiecej lat. Stad tez bardzo trudno jest ocenic wiek instrumentu na podstawie wieku drewna. Na szczescie - i nieszczescie jednoczesnie - tworcy instrumentu pozostawiali na nim swoje podpis, kolejni wlasciciele rowniez czesto pisali na nich (dokladniej - na ich plaskiej podstawie; Guqin zrobiony jest z dwoch kawalkow drewna, dolny jest plaski i symbolizuje ziemie, gorny natomiast okragly i symbolizuje niebo) poematy, ktore podpisywali imieniem i nazwiskiem. Stad tez na podstawie tych napisow 落款 mozna dojsc do tego, kiedy dany instrument byl wykonany. Z drugiej strony czesto napisy te tez sa podrabiane... Swoja droga jesli przypatrzec sie roznym dyscyplinowm sztuki chinskiej, to wielki nacisk kladziony jest na technike, a ta rozwija sie - np. w kaligrafii - kopiujac tysiace razy dziela znanych mistrzow. Kopiujac do tego stopnia, ze czesto bardzo trudno jest ocenic czy dany znak zostal napisany przez mistrza, czy tez cwiczacego ucznia. Podobnie jest z malarstwem, wielu znanych chinskich artystow - wliczajac w to slawnego Zhang Daqiana 张大千 - w mlodosci dorabialo kopiujac dziela dawnnych mistrzow. O kungfu nie chce juz wspominac, bo kazdy wie, ze najbardziej typowa forma cwiczenia to zmudne powtarzanie jednej techniki tysiace razy. Oczywiscie mamy XXI wiek, i malo kto ma cierpliwosc, by tak sie katowac, i byc moze wlasnie dlatego tak trudno znalezc prawdziwych mistrzow...

W kazdym razie chinska kultura i nauka tradycyjnych sztuk oparte sa na nasladownictwie, kopiowaniu. Tylko niewielu potrafi poprzez te metode osiagnac moment, w ktorym ilosc przemienia sie w jakosc - jak mowi przyslowie "Gdy wody jest dostatecznie duzo, tworzy sie kanal" 水到渠成 - i gdy sztuka przestaje byc nabyta, wyuczona umiejetnoscia, gdy przestaje sie byc rzemieslnikiem, a staje artysta. Gdy nie potrzebne sa juz okowy konwencji, a umiejetnosc staje sie czescia ludzkiej natury, znajdujaca odbicie w kazdym ruchu i gescie.

Przejazd minal szybko, w 4 godziny dojechalismy do Tiantai. Wyszismy z autokaru, na zewnatrz padalo niestety. Ob razu obskoczyli nas taksowkarze oferujac swoje uslugi, zaczalem wiec targi - zadajac, by zawiezli nas za sume mniejsza, niz wg licznika. W koncu jeden zgodzil sie, biorac doatkowo jedna pasazerke. Oczywiscie podczas jazdy zaczely sie rozmowy, kobieta okazala sie w porzadku, powiedziala, ze ma znajomego pracujacego w parku na szczycie gory Huading 华顶, dala nam swoj telefon i zasugerowala, zeby zadzwonic do niej, jak bedziemy tam jechac, to zalatwi nam wejscie bez biletu...

W 20 minut dojechalismy do hotelu, lubimy go, bo jest czysty i cieply, przyjemnie powraca sie do niego po calym dniu tulaczki w gorach. Nie mowiac o tym, ze zlokalizowany jest doskonale - otoczony przez gory, wsrod lasow, nad strumieniem, po ktorego drugiej stronie znajduje sie slawna Swiatynia Spokojnego Panstwa 国清寺. Meldujemy sie zatem, a tu sie okazuje, ze nie ma zarezerwowanej dwojki, tylko jedynka z szerokim lozkiem. W sumie dalibysmy sobie rade, zwykle zreszta tak robimy, bo w dwojkach czesto lozka sa waskie i dziewczyny spiac razem ledwo sie mieszcza na jednym; w hotelu w Tiantai jednak nie dosc, ze lozka w dwojkach sa szerokie, to jeszcze mozna je wygodnie zsunac razem. W kazdym razie podnioslem raban i zasugerowalem podniesienie bezplatne standartu, czyli umieszczenie nas w budynku nr 3 (ktory jest drozszy od 2, gdzie mielismy rezerwacje) bez doplaty. Dziewczyna zaczela protestowac, ale nie oparla sie sile argumentow, i po kilkunastu telefonach mielismy juz lepszy pokoj za cene gorszego. Pierwsza batalia zostala wygrana. Co wiecej, Duza M zgodzila sie pojechac nastepnego dnia do Doliny Niesmiertelnych 琼台仙谷, niesamowitego miejsca, glebokiej, ukrytej w gorach doliny otoczonej pionowymi skalami; miejsca ktore niestety pierwszy raz Duza M - bojaca sie panicznie wysokosci - odebrala bardzo traumatycznie, ale teraz juz nie protestowala.

Zatem o Dolinie Niesmiertelnych bedzie wkrotce - ale przedtem trzy klipy ze srodowego koncertu. Graly w sumie cztery zespoly, gwiazda byla kapela o dzwiecznej nazwie "Sucker" z ulubionego Xi'anu, ktora gra punka - muzyke ktora stawia mnie na nogi o kazdej porze dnia i nocy. Chlopaki dawali z siebie wszystko, grali jak przystalo na dobra grupa punkowa - nierowno, ostro, halasliwie i rzucali "miesem" - po angielsku niestety...

Mnie sie spodobali, choc poniewaz siedzialem pod glosnikiem, stracilem chyba kilka procent sluchu. Momentami czulem, jak nie tylko podloga drzy, ale takze moje ubranie i zebra. Mialo do rowniez wplyw na kamere - glowica wpadla chyba w drgania i na czesci nagran pojawila sie mozaika.

To pierwszy kawalek - koniecznie nalezy SLUCHAC GLOSNO!


Glosno bylo bardzo, do tego stopnia, ze mimo koncertow w kolejnych dniach ugialem sie pod naciskami Duzej M i zgodzilem na wyjazd, zeby odpoczac od halasu i troche dojsc do siebie.


Jak wspomnialem wyzej, Sucker byl gwiazda programu, ale przed nim zagraly lokalne zespoly podgrzewajac atmosfere na sali. Dwie chinskie kapele wypadly OK, ale na mnie duze wrazenie zrobil zespol The Dropkicks - zlozony z trzech cudzoziemcow mieszkajacych w Szanghaju - francuza (gitara, wokal), japonczyka (gitara basowa) i amerykanina (perkusja). Muzyka psychedeliczna - nie mialem pojecia, ze mozna taka uslyszec tutaj, zawsze mialem wrazenie, ze grajacy cudzoziemcy w Chinach to nieudacznicy, ktorzy gdzie indziej nic nie osiagneli, a tu sie okazuje ze niekoniecznie. Przynajmniej na moje przytepione od tego halasu ucho...

Zreszta niech przemowi muzyka - jeszcze raz podkreslam - trzeba sluchac GLOSNO!